Rodziny Antonio Sequea i Fernando Noya wciąż nie otrzymały wiadomości o ich uwolnieniu po oficjalnych ogłoszeniach w Wenezueli. Organizacje praw człowieka ostrzegają, że liczba uwolnionych więźniów politycznych jest niższa niż liczba zgłoszona przez rząd Delcy Rodríguez.
Na początku stycznia, kiedy wenezuelski rząd tymczasowy ogłosił, że zaczyna uwalniać więźniów politycznych, zaledwie pięć dni po schwytaniu Nicolása Maduro, Verónica Noya po raz kolejny pozwoliła sobie na coś, czego unikała przez lata: wyobrażanie sobie ponownego spotkania z mężem i bratem. Pomyślała o swoich dzieciach, które znów usłyszą głos ojca. Pomyślała o matce przytulającej syna. Pomyślał, choćby przez chwilę, że oczekiwanie może dobiegać końca.
Ale dni mijały. A wieści o jego uwolnieniu nie nadchodziły.
Verónica jest żoną, siostrą, matką i emigrantką. Jest także krewną czterech więźniów politycznych przebywających obecnie w więzieniu w Wenezueli. Jej mąż, kapitan Antonio Sequea, i jej brat, Fernando Noya, który podobnie jak Verónica ma podwójne wenezuelsko-hiszpańskie obywatelstwo, są więzieni od prawie pięciu lat. Uwięzione zostały też jej 71-letnia teściowa oraz ciotka.
Antonio Sequea, jeden z głównych przywódców operacji morskiej Gideon z 2020 roku, i Fernando Noya byli przetrzymywani przez prawie cztery lata w przerażającym Helicoide, którego zamknięcie ogłoszono zaledwie kilka dni temu. Rok i osiem miesięcy temu Sequea i Noya zostali przeniesieni "pod fałszywym pretekstem" do zakładu karnego Rodeo I.
"Przez ten rok i osiem miesięcy nie miałam z nimi żadnego kontaktu" - mówi Verónica z Hiszpanii, gdzie mieszka z trójką swoich dzieci.
"Nie tylko mój mąż i mój brat: wszyscy więźniowie polityczni w tym ośrodku przebywają w długotrwałej izolatce" - potępia.
Według jej zeznań, spędzają oni 23 godziny dziennie zamknięci w celi o wymiarach dwa na dwa metry, śpią na materacu umieszczonym na betonowej podłodze i mogą wychodzić na dziedziniec tylko na godzinę dziennie.
"Nie mają żadnej komunikacji ze światem zewnętrznym" - dodaje.- "Ich najbardziej podstawowe prawa człowieka są nadal łamane".
Represje nie skończyły się na nich. Jedyną osobą, która mogła zobaczyć kapitana Sequea była jego matka, 71-letnia kobieta. Prawie cztery miesiące temu została zatrzymana przez zakapturzonych mężczyzn wraz ze swoją 60-letnią siostrzenicą. Od tego czasu obie zniknęły. "Nie wiemy, gdzie są, jak się mają i czy otrzymują leki" - skarży się Verónica.
Tajne procesy i wyroki bez obrony
Zarówno Antonio Sequea, członek Gwardii Narodowej, który brał udział w powstaniu 30 kwietnia 2020 roku, jak i Fernando Noya zostali oskarżeni o terroryzm i zdradę stanu, które są powszechnymi zarzutami w sprawach przeciwko więźniom politycznym w Wenezueli. Verónica twierdzi, że nigdy nie otrzymali sprawiedliwego procesu.
"Sąd został przeniesiony do El Helicoide. Zmuszono ich do podpisania listy obecności, która posłużyła do ustalenia wyroku" - mówi.
Zostali skazani na prawie 30 lat więzienia bez prywatnych prawników, z narzuconymi obrońcami z urzędu i bez późniejszego dostępu do akt sprawy. Jak dodaje, sędzia, który ich skazał, przebywa obecnie w więzieniu za korupcję.
"Sprawiedliwość nie może być wybiórcza"
Ostatnie uwolnienia wywołały nadzieję, ale także frustrację.
"Zaczynam dostrzegać światełko w tunelu" - przyznaje Verónica. - "Ale nie może być prawdziwej transformacji, jeśli sprawiedliwość jest wybiórcza".
Pomimo oficjalnego ogłoszenia zwolnienia i ponad 50 potwierdzonych zwolnień do tej pory, żaden członek wojska nie został zwolniony. Fakt ten jest szczególnie poważny i odkrywczy dla krewnych.
"Zawsze mówiono, że wojskowi nie działali, że byli wspólnikami reżimu" - potępiają. - "Ale kiedy niektórzy z nich zrobili krok naprzód, kiedy zdecydowali się działać zgodnie z konstytucją, dziś o nich zapomniano".
Wojskowi uwięzieni z powodów politycznych, z których wielu było powiązanych z próbami powstania lub operacją Gideon, byli przez lata przetrzymywani w skrajnej izolacji, bez sprawiedliwych procesów i kontaktu z rodzinami. Dla Veroniki, wykluczenie ich z uwolnienia wysyła teraz niebezpieczny sygnał: że wolność może być wybiórcza nawet w kontekście przejściowym.
"Nie mogą zostawić ich na koniec ani wymazać ich z narracji" - podkreśla. - "Kiedy ludzie mówią o więźniach politycznych, często myślą tylko o cywilnych przywódcach lub aktywistach. Ale ci żołnierze są również więźniami politycznymi. To ludzie, którzy zostali poproszeni o działanie i to zrobili. Dziś płacą tę cenę w milczeniu.
Czuwanie i presja
Tymczasem w Wenezueli matki, żony i córki od kilku dni czuwają przed Rodeo I. Inne protesty przeniosły się na Centralny Uniwersytet Wenezueli, przy wsparciu studentów. "To praca małych mrówek, ale jest nieoceniona" - mówi Verónica.- "Wiele rodzin nawet nie wie, że ich krewni są tam przetrzymywani".
"Jeszcze kilka dni temu mówiono, że w Wenezueli nie ma więźniów politycznych" - podsumowuje. - "Dziś przyznają, że są, ale zwolnili tylko około 50 osób. Wciąż czeka około 750 rodzin. To nie może się skończyć. Świat musi to zobaczyć".
Kluczowy gest dla prawdziwej transformacji
Dla rodzin uwolnienie żołnierzy to nie tylko kwestia indywidualnej sprawiedliwości, ale także termometr zmian politycznych.
"Jeśli naprawdę chcemy zainicjować przejście do demokracji, pierwszym humanitarnym gestem musi być uwolnienie wszystkich więźniów politycznych, cywilnych i wojskowych, bez wyjątku" - mówi Verónica.
Ostrzega, że dopóki to się nie stanie, obietnica otwartości pozostanie niekompletna. A setki mężczyzn, wielu z nich w mundurach, pozostanie uwięzionych w ośrodkach takich jak Rodeo I, bez publicznej twarzy i daty zwolnienia.