Minął tydzień od protestów w Iranie. Okoliczności zarówno krajowe, jak i zagraniczne, nie wydają się sprzyjać Teheranowi, od sytuacji gospodarczej po upadek Maduro z Wenezueli, jako jednego z najważniejszych sojuszników Teheranu. Co czeka Iran? Rozmawialiśmy o tym z ekonomistą Saeedem Lilazem.
Ostatnie protesty, początkowo zainicjowane przez handlarzy z Teheranu, szybko rozprzestrzeniły się również na inne miasta. Protestujący w większości miast wydają się należeć do grup o niższych dochodach, skandującymi hasła przeciwko władzy i w kwestiach gospodarczych. Przywódca Republiki Islamskiej Iranu Ali Chamenei stwierdził, że „grupa wrogich najemników stoi za protestującymi”. Chamenei powiedział również: „Nie ma sensu rozmawiać z agitatorem. Agitator musi usiąść na swoim miejscu”.
Według Mai Sato, specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. Praw Człowieka, co najmniej osiem osób zginęło w tym roku podczas protestów. Prezydent Donald Trump ostrzegł irański rząd w piątek, że Stany Zjednoczone przyjdą z pomocą protestującym, podejmując działania wojskowe przeciwko Republice Islamskiej, jeśli protestujący zostaną zabici. Dzień po tym, jak Trump ostrzegł Republikę Islamską, Stany Zjednoczone rozpoczęły atak wojskowy na Wenezuelę, a Nicolas Maduro został zatrzymany i usunięty z kraju przez siły wojskowe USA. Wcześniej na spotkaniu z prezydentem Wenezueli Maduro Ali Chamenei uznał Wenezuelę za najważniejszego partnera Teheranu na arenie światowej.
Poniższy tekst to rozmowa Euronews z ekonomistą Saeedem Lilazem na temat kryzysu protestów w Iranie, jego konsekwencji, możliwości ponownej wojny między Izraelem a Iranem, a wreszcie wpływu upadku Maduro na los Islamskiej Republiki Iranu. Pan Lilaz uważa, że coś ważnego wydarzy się w klimacie politycznym Iranu w ciągu najbliższego miesiąca lub dwóch.
Euronews: Panie Lilaz, niektórzy twierdzą, że obecne protesty w Iranie nie są wstępem do przewrotu, ponieważ klasa średnia nie jest gotowa na działania rewolucyjne. Ale niektórzy uważają, że skargi ekonomiczne są tak wielkie, że klasy niższe mogą popchnąć społeczeństwo w kierunku sytuacji rewolucyjnej i że klasa średnia może ostatecznie do nich dołączyć. Jaka jest Pana ocena tych zastrzeżeń i ich możliwego potencjału?
Wzrasta również tempo pogarszania się sytuacji gospodarczej i społecznej w Iranie. Sytuacja pogarsza się zarówno pod względem psychicznym, jak i materialnym. Wydaje się, że kontrola rządu i reżimu nad sytuacją słabnie z dnia na dzień.
Nadal nie wierzę, że obecna sytuacja doprowadzi do obalenia rządu. Uważam, że Islamska Republika jest systemem, który obecnie nie ma alternatywy, nawet jeśli znalazł się w impasie. Biorąc pod uwagę te dwa punkty (impas systemu i brak alternatywy), osiem lat temu przewidywałem, że będziemy mieli do czynienia z zjawiskiem zwanym bonapartyzmem.
Bonapartizm przejawia się w haśle „Reza Shah, niech spoczywa w pokoju”, ale hasło to niekoniecznie oznacza, że lud pragnie panowania wnuka Rezy Shaha (cesarza Persji (Iranu) w latach 1925–1941 i założyciela dynastii Pahlavi – przyp. red.).
Obecnie ludność bardziej interesuje skuteczność niż obalenie władzy, ponieważ presja kulturowa i społeczna wywierana na nią zmniejszyła się w ciągu ostatnich dwóch lat, niezależnie od pretekstów i motywacji. W każdym razie protesty te są wynikiem rażącej nieskuteczności i niezdolności Masouda Pezeshkiana i reszty rządu do opanowania sytuacji.
Znaczące jest to, że protesty mają swój początek na rynkach. Niektórzy handlowcy, korzystając z podwyżek cen, czerpali z tego dotychczas korzyści. Niepokoi ich niestabilność cen, która uniemożliwia im podjęcie decyzji o zakupie lub sprzedaży dzisiaj, otwarciu lub zamknięciu sklepu.
Nigdy nie doświadczyliśmy takiej sytuacji, w której ceny żywności rosły średnio o 6–7% miesięcznie. Taka sytuacja nie miała miejsca w Iranie od czasów II wojny światowej. Do końca roku możemy nawet przekroczyć rekord inflacji z 1401 roku (rok w kalendarzu perskim, 21 marca 2022 r. – 20 marca 2023 r. w kalendarzu zachodnim, przyp. red.).
Cechą charakterystyczną tej inflacji jest jednak to, że inflacja cen żywności jest dwukrotnie wyższa niż inflacja innych dóbr konsumpcyjnych, co powoduje zakłócenia zarówno dla handlowców, klasy średniej, jak i przedsiębiorców, a także stwarza ryzyko wybuchu szeroko zakrojonych niepokojów społecznych wśród klas ludowych.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odnotowaliśmy 31-procentowy wzrost inflacji. Wskaźnik ten również wzrósł, z 31% do 52% obecnie. Do końca miesiąca może osiągnąć 55%. Jest to bardzo wysoka wartość.
Jeśli rząd zdoła opanować sytuację poprzez ustabilizowanie cen, zapobieżenie ich gwałtownemu wzrostowi i uniknięcie wahań godzinowych lub dziennych, uważam, że będzie w stanie kontrolować sytuację. W przeciwnym razie niepokoje – które nie przybiorą formy zamachu stanu – będą trwały do momentu, gdy w ciągu jednego lub dwóch miesięcy w kraju nastąpi transformacja polityczna.
Jak myślisz, czym może być ta polityczna transformacja, pojawieniem się irańskiego Bonaparte?
Ponieważ obecnie nie mamy żadnej opozycji zdolnej przejąć kontrolę nad sytuacją, a struktura Islamskiej Republiki, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, nadal funkcjonuje, sądzę, że z wnętrza rządu wyłoni się postać podobna do Bonapartego.
Czy to, co pan mówi, nie sugeruje, że możliwy jest zamach stanu?
W końcu zamach stanu zazwyczaj jest sprzeczny z ustalonym porządkiem.
Zamach stanu to działanie militarne przeciwko przywódcy władzy.
Przywódca władzy mógłby być skłonny zaakceptować dojście do władzy tego „Bonapartego”... Zmiana ta mogłaby nastąpić w drodze konsensusu. Problem z twoim punktem widzenia polega moim zdaniem na tym, że rozpatrujesz go w oderwaniu od kontekstu... Ten „Bonaparte” musi mieć pełną aprobatę przywódców. Innymi słowy, to sama władza decyduje o powierzeniu władzy Bonaparte. Niezależnie od tego, czy przywódca podejmie taką decyzję, zrezygnuje ze stanowiska, czy umrze, wynik będzie taki sam. Moim zdaniem większość krajów Bliskiego Wschodu i Azji jest rządzona przez Bonapartów. Bonaparte doszedł do władzy w Arabii Saudyjskiej, Rosji, Tajwanie, Indonezji i wielu innych krajach azjatyckich.
Dzisiaj Chamenei sprzeciwia się wszelkim zmianom w polityce zagranicznej. Jak więc mógłby powiedzieć: „Panie X, proszę odegrać rolę Bonapartego, a ja pana wesprę”?
Być może nie podzielam Pana opinii w tej kwestii, ponieważ Islamska Republika Iranu nie tylko obecnie, ale od czasu porozumienia wiedeńskiego nie wahała się przed ustępstwami, podczas gdy Zachód odmawia jakiegokolwiek kompromisu.
Dowiedziałem się, że irańscy politycy są gotowi do dialogu z drugą stroną i proponują nawet symboliczne zaakceptowanie wzbogacania uranu przez nas, aby uchronić się przed wewnętrznym załamaniem.
Zmiana polityki Iranu wobec swoich sąsiadów jest teraz faktem. Różnica między naszymi punktami widzenia wynika być może z tego, że skupia się Pan na sloganach, podczas gdy ja interesuję się czynami.
W końcu mułłowie zazwyczaj oszukują intelektualistów, panie Leilaz! Pan Abbas Abdi mówił przed wyborami w 1403 r. (w marcu i maju 2024 r. – przyp. red.), że wybór Pezeshkiana oznacza, że przywódcy chcą zmienić system, ale tak się nie stało.
Całkowicie zgadzam się z panem Abdim. Radykalnie zmienili kurs. Problem polega na tym, że Stany Zjednoczone nie są gotowe na kompromis z Iranem.
Gdyby jednak podczas tegorocznych spotkań Islamska Republika zgodziła się całkowicie zaprzestać wzbogacania uranu, nie spotkałaby się z atakiem militarnym.
Jest to wymóg, którego Islamska Republika nigdy nie zaakceptuje. „Bonaparte” również by go nie zaakceptował. Podobnie jak większość irańskich intelektualistów, wyolbrzymiasz wpływ polityki zagranicznej na sytuację wewnętrzną Iranu.
Nie jest prawdą, że główną przyczyną naszych wewnętrznych problemów jest polityka zagraniczna. W zeszłym roku nasze dochody z ropy naftowej wyniosły 62 miliardy dolarów. W najlepszym roku realizacji porozumienia wiedeńskiego w sprawie irańskiego programu jądrowego (JCPOA) osiągnęły one 65 miliardów dolarów. Obecny spadek naszych dochodów z ropy naftowej wynika z 20-procentowego spadku światowych cen ropy naftowej.
Nasz podstawowy problem nie jest związany z sankcjami, ale z kształtowaniem polityki. Dowodem na to jest nasz wzrost gospodarczy, który w 2016 r., pierwszym roku wdrażania porozumienia wiedeńskiego w sprawie irańskiego programu jądrowego (JCPOA), wyniósł 15%, a w drugim roku spadł do 4%.
Gdybyśmy jednak spędzili ostatnie dziesięć lat bez sankcji, czy sytuacja gospodarcza Iranu nie byłaby dziś znacznie lepsza?
Oznaczałoby to powrót do polityki sprzedaży ropy i importu. Nie, taka polityka nie poprawiłaby absolutnie niczego. Dowodem na to są Algieria i Egipt. Dowodem na to jest również wzrost gospodarczy Arabii Saudyjskiej i Iranu, który w ciągu ostatnich piętnastu lat był identyczny. Ropa naftowa nie determinuje już sytuacji Iranu. Jej rola w irańskiej gospodarce stała się w dużej mierze porównywalna z rolą, jaką odgrywała w gospodarce indonezyjskiej. W Indonezji, gdzie silny wzrost demograficzny i dystrybucja ropy naftowej są ograniczone, ropa straciła na znaczeniu.
W tym kontekście, jaki problem zamierza rozwiązać wasz „Bonaparte” wraz z Ameryką?
Zamierza zreformować politykę kraju. Zapewniam pana, że każdego roku z irańskiej gospodarki kradzionych jest 40–50 miliardów dolarów, a pan nadal upiera się przy znaczeniu sankcji. „Bonaparte” przybywa, aby ponownie postawić gospodarkę na nogi. Irańska gospodarka jest obecnie w opłakanym stanie. Każdego roku tracimy około 50 miliardów dolarów z irańskiej gospodarki z powodu kradzieży i wycieków.
Czy nie jest to skutek polityki ajatollaha Chameneiego? „Bonaparte” powinien zreformować politykę przywódców reżimu.
To prawda. Ale powtórzę, że ingerencja w ceny, która rozpoczęła się w irańskiej gospodarce pod koniec lat 60. XX wieku w związku ze wzrostem dochodów z ropy naftowej, jest prawdopodobnie głównym czynnikiem powodującym nędzę w Iranie.
Obecnie codziennie rozdzielamy wśród ludności równowartość ośmiu i pół miliona baryłek ropy naftowej, praktycznie za darmo. Podobnie, kiedy sprzedajemy gaz gospodarstwom domowym, oferujemy każdego dolara za tysiąc tomanów. Innymi słowy, dostarczamy gaz do gospodarstw domowych za jeden procent ceny sprzedaży na rynkach światowych.
Gdybyśmy mogli zaoszczędzić 20% tej kwoty, moglibyśmy dostarczać gaz do Iraku, Pakistanu, Turcji i wszystkich sąsiednich krajów. Gazociąg również istnieje.
Nierównowaga i ingerencja państwa w gospodarkę zrujnowały irańską gospodarkę. Od początku roku rząd wydał 12 miliardów dolarów na import leków i produktów spożywczych, ale około 8 miliardów z tej kwoty zostało sprzeniewierzonych. Tak stwierdził wczoraj Pezeshkian. Kiedy został prezydentem, wiedział o tej sytuacji, ale nie miał odwagi jej naprawić.
Obecnie rząd nie ma już środków na pokrycie tych kosztów, więc położy kres tym nadużyciom. Naszym głównym problemem jest zatem opracowanie odpowiedniej polityki.
Moim zdaniem Pańska analiza sprowadza się ostatecznie do obrony Chameneiego. Innymi słowy, twierdzi Pan, że polityka zagraniczna Islamskiej Republiki nie należy do głównych problemów Iranu. Jednak zdrowy rozsądek nie potwierdza Pańskiej tezy.
Rolą eksperta jest wykraczanie poza zdrowy rozsądek.
Stosunki między Iranem a Zachodem przeżywają obecnie kryzys. Czy poprawa tych stosunków leży w interesie irańskiej gospodarki?
Z pewnością.
Wydaje się jednak, że twierdzi Pan, iż korupcja finansowa syna pewnego odpowiedzialnego za bezpieczeństwo jest ważniejsza niż stan stosunków między Iranem a Zachodem.
Tak, tysiąckrotnie ważniejsza. Irańska gospodarka jest zepsuta przez korupcję i chaos.
Gdyby polityka wewnętrzna była zdrowa, a prasa mogła kontrolować działania rządu, syn tej czy innej osoby nie mógłby pogrążyć się w takiej korupcji i utrzymać się przy władzy. W 1990 r. na rozkaz Najwyższego Przywódcy Islamskiej Republiki Iranu zakneblowano prasę, a polityka zagraniczna podzieliła ten los. Kraj pogrążył się w korupcji Aghazadehów.
Moim zdaniem zniekształca pan debatę. Przechodzi pan bezpośrednio od polityki zagranicznej do polityki wewnętrznej!
Jednak dwukrotnie stwierdził Pan, że problem nie dotyczy „jednostki”. Wystarczy jednak rzut oka na politykę wewnętrzną i zagraniczną Iranu, aby przekonać się, że głównym problemem tego kraju jest polityka przywódcy.
Oczywiście obecna sytuacja jest wyraźnie związana z polityką władzy. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale jeśli twierdzi Pan, że głównym problemem jest wolność i demokracja, to pytam: czy Arabia Saudyjska i Kuwejt cieszą się wolnością i demokracją? Naszym problemem nie jest demokracja.
Nigdzie na świecie wzrost gospodarczy nie jest powiązany z demokracją. Pod rządami Ebrahima Raisiego wzrost gospodarczy Iranu wynosił nieco ponad 4%, ale od zeszłego roku wynosi zero. Problem ten nie ma nic wspólnego ze stosunkami ze Stanami Zjednoczonymi. Należy zbadać te kwestie z fachową wiedzą. Ekonomia to dziedzina oparta na liczbach i danych.
Głównym problemem Iranu jest polityka, a nie ekonomia. Pańska analiza wskazuje zatem, że antyzachodnia polityka zagraniczna i brak demokracji w polityce wewnętrznej nie mają znaczenia; najważniejsze jest raczej znalezienie kogoś, kto unieszkodliwi tych złodziei. Ale jak taka osoba mogłaby to zrobić w warunkach braku demokracji?
Pomijając kwestię korupcji, głównym problemem jest ingerencja włądzyw gospodarkę, której destrukcyjną rolę już wyjaśniłem.
Czy przez władzę rozumiesz władzę wykonawczą?
Władzę wykonawczą, parlament, władzę sądowniczą z jej nieustannymi konfiskatami i groźbami. A także służby bezpieczeństwa i nadzoru. Każdy, kto angażuje się w irańską gospodarkę, jest prześladowany przez te służby. Chciałbym, aby te środki pozwoliły powstrzymać korupcję. Jednak sytuacja stale się pogarsza wraz z prześladowaniami ze strony służb nadzoru.
Czy Pańskie słowa nie oznaczają, że garstka skorumpowanych osób, których nikt nie może krytykować, stała się panami kraju i doprowadziła do takiego stanu rzeczy?
Każdy może sformułować taką krytykę. Masoud Pezeshkian doszedł do władzy, krytykując tę grupę, ale sam stał się jej zakładnikiem.
Pezeshkian stoi na czele władzy wykonawczej za zgodą Najwyższego Przywódcy. Chciałem powiedzieć, że obecnie, na przykład, gdyby gazeta Shargh ujawniła szczegółowo korupcję Strażników Rewolucji, zostałaby natychmiast zamknięta.
Tak, ale głównym problemem naszej gospodarki nie jest korupcja instytucji publicznych.
Głównym problemem jest to, że gdyby irański system polityczny był demokratyczny, to gdy znaczna część społeczeństwa sprzeciwia się niektórym działaniom politycznym, protesty te miałyby szansę zakończyć się sukcesem, zamiast być surowo tłumione.
Co oznacza „sukces”?
Innymi słowy, polityka, której sprzeciwia się ludność, ulegnie zmianie, a jeśli się nie zmieni, ludność będzie mogła odsunąć głównego gwaranta status quo podczas następnych wyborów. Jednak w Iranie głównego gwaranta status quo nie można odsunąć w wyborach.
Ciągle mówisz o demokracji! Ale ja nie wierzę w demokrację, nigdzie. Demokracja nie ma sensu. Tak samo jak nie można obalić amerykańskiego systemu politycznego, nie można obalić irańskiego systemu politycznego.
To dziwne, że uważa Pan Szwecję i Chiny, dwie demokracje, za podobne pod względem politycznym, ale wróćmy do głównego tematu wywiadu. Wspomniał pan o ryzyku chaosu w kraju. Czy uważa pan, że obecne zamieszki będą trwały nadal, czy też będą krótkotrwałe?
Niezadowolenie i zamieszki z pewnością będą trwały nadal w różnych formach, ale z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że będą one miały wpływ strukturalny.
Rozmawiamy w siódmym dniu protestów. Czy uważasz, że protesty te mogą trwać nawet 70 dni?
Nie, ale mogą trwać przez miesiąc, ponieważ społeczeństwo jest głęboko poruszone i zirytowane tą nieefektywnością. Uważam, że rozwiązania istniały. Na przykład środek podjęty wczoraj przez prezydenta Pezeshkiana, a mianowicie zniesienie dotacji w wysokości 28 000 tomanów, mógł zostać wdrożony szesnaście miesięcy temu i pozwoliłby zaoszczędzić co najmniej 15 miliardów dolarów. Problem irańskich rządów polega na ich niezdolności do przewidywania wydarzeń. Reagują one jedynie biernie. Jest to oznaka nieefektywności systemu.
Co sądzisz o ostrzeżeniu, które Trump skierował wczoraj do Islamskiej Republiki: „Jeśli zabijecie demonstrantów, podejmiemy przeciwko wam działania militarne”?
Moim zdaniem Zachód i Izrael są zainteresowane eskalacją zamieszek w Iranie. Ogólnie rzecz biorąc, Stany Zjednoczone chcą, aby Iran był słabym i agresywnym graczem na Bliskim Wschodzie. Jednak polityka prowadzona przez irański rząd w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy, w połączeniu z czynnikami zewnętrznymi, przyczyniła się do pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju.
Biorąc pod uwagę ostrzeżenie Trumpa i fakt, że stwierdził Pan, iż protesty mogą trwać nawet miesiąc, czy uważa Pan, że ryzyko wojny jest wysokie?
Uważam, że ryzyko wojny jest wysokie, niezależnie od protestów. Dopóki kwestia wzbogacania uranu i tych 400 kilogramów uranu nie zostanie rozwiązana, ryzyko nowego ataku na Iran pozostaje.
Rozważa się również możliwość prewencyjnego uderzenia Iranu. Być może dlatego, że wojna mogłaby powstrzymać dalsze protesty; w przeciwnym razie reżim byłby zmuszony do represjonowania ludności. Wcześniej twierdził jednak, że dwunastodniowa wojna wzmocniła jedność narodową.
Jedna lub dwie osoby mogą podzielać tę opinię, ale struktura Islamskiej Republiki nie podejmie takiej decyzji. Z jednej strony jest to bardzo niebezpieczna gra, która bezpośrednio zagraża życiu irańskich przywódców, z drugiej strony reakcja opinii publicznej może tym razem być inna. Ponadto analiza polegająca na wywołaniu wojny w celu zakończenia protestów opiera się na założeniu, że protestujący nie wrócą do swoich domów. Uważam jednak, że sytuacja nie wymknęła się jeszcze spod kontroli i rząd może ją uspokoić, wdrażając odpowiednią politykę.
Ostatnio pojawiły się informacje, że po izraelskim ataku na Katar Ali Larijani (przewodniczący Islamskiej Rady Konsultacyjnej Iranu w latach 2008–2020 – przyp. red.) opowiedział się za prewencyjnym atakiem na Izrael, czemu sprzeciwił się Pezeshkian. Podobno między obydwoma mężczyznami doszło nawet do kłótni w Radzie Najwyższej Bezpieczeństwa Narodowego.
Nie słyszałem o niczym takim. Pezeshkian ma ostatnie słowo w tych sprawach. Zawsze tak było i ma pełną władzę. Poza tym nie sądzę, żeby Larijani miał radykalne poglądy na ten temat. Uważamy go za osobę bardziej pragmatyczną niż prezydent Pezeshkian.
Czy Pezeshkian ma obecnie pełną władzę w kwestii wypowiedzenia wojny lub jej uniknięcia?
Tak, ma pełną władzę.
Biorąc pod uwagę Pańską analizę bilansu rządów Pezeshkiana, czy można powiedzieć, że poniósł on porażkę i że lepiej byłoby, gdyby podał się do dymisji?
Nie, nie wydaję jeszcze takiej opinii. W ciągu ostatnich siedemnastu miesięcy powaga i skala kryzysów, z którymi musiał się zmierzyć, były nieporównywalne z tymi, z którymi borykały się poprzednie rządy. Pan Khatami, który kierował najlepszym rządem po rewolucji, zaczął wyciągać wnioski pod koniec drugiego roku sprawowania władzy. Uważam więc, że należy dać Pezeshkianowi jeszcze jedną szansę, ale jak dotąd nie wykazał on wyraźnej woli wprowadzenia zmian.
Czy uważa pan, że ostrzeżenie wystosowane wczoraj przez Trumpa do Islamskiej Republiki Iranu sprawi, że demonstranci będą bardziej agresywni?
Nie, wręcz zaszkodziło ono demonstrantom.
Dlaczego?
Ponieważ ingerencja Stanów Zjednoczonych w sprawy Iranu zawsze była szkodliwa dla ludności i sprzyjała tyranii. Ostrzeżenie Trumpa w rzeczywistości sprawia, że ludzie wracają do domów.
Czy po ostrzeżeniu Trumpa rząd będzie surowiej represjonował demonstrantów?
Rząd przyjmie bardziej zdecydowane stanowisko, a sami demonstranci będą się wahać przed kontynuowaniem protestów.
Czy uważa Pan, że tym razem, po rozpoczęciu wojny, mieszkańcy małych miast, które nie są bombardowane, mogą zbuntować się przeciwko Islamskiej Republice?
Tak, to możliwe. Jeśli obecnie, podobnie jak podczas protestów w ostatnich latach, miasta były bardziej aktywne niż stolica, to wynika to z silnej presji ekonomicznej, jaka spoczywa na mieszkańcach małych, biedniejszych miast. Pokazuje to, że irańskie rządy nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swoich działań.
Podczas wojny dwunastodniowej Reza Pahlavi był wyśmiewany za wezwanie ludu do protestów. Ale jak protestować pod bombardowaniami? Stwierdził pan jednak, że tym razem mieszkańcy miast, które nie są bombardowane, mogą przybyć, aby protestować. Czy traktuje pan tę możliwość poważnie?
W rzeczywistości Islamska Republika nie odpowiedziała w odpowiedni sposób na deklarację lojalności narodu podczas wojny dwunastodniowej. Po wojnie nic się nie zmieniło. Nie wprowadzono żadnych zmian ani w systemie rządzenia, ani nawet w biurokracji. Innymi słowy, jeśli dziś zwrócisz się do rządu o zezwolenie na wykorzystanie własnych środków, będzie to jak szukanie igły w stogu siana i liczenie na uzyskanie dodatkowych udogodnień. Na przykład Bank Centralny w żadnym wypadku nie zmieni swoich przepisów.
Ostatecznie system ten jest sparaliżowany i niezdolny do podjęcia ważnej decyzji, która zmieniłaby status quo.
Tak, system jest sparaliżowany i znalazł się w impasie. W związku z tym nie jest w stanie podjąć racjonalnej decyzji, która zdecydowanie rozwiązałaby problem. Nie rozwiązuje już żadnych problemów.
Gdziekolwiek się spojrzy, wielu korzystających ze status quo narzeka.
Tak, dokładnie. Paraliż reżimów wynika z faktu, że relacje między członkami rządu szkodzą jego skuteczności. Tak jak w dynastiach Safawidów, Kadżarów i Pahlawich. To jak starość. Z wiekiem ciało mówi: „Umieram, ale odmawiam wszelkich reform”.
Czy w tym kontekście uważa Pan, że Islamska Republika zbliża się do końca?
Ta forma rządów, tak. Ten sposób sprawowania władzy znalazł się w impasie, ale z braku alternatywy pojawia się zjawisko, które wywodzi się z wewnątrz i zmienia samą naturę systemu politycznego.
Twierdzi Pan więc, że „Bonaparte” prowadzi system do transformacji.
Tak.
Czy uważa pan, że nowa wojna doprowadziłaby do upadku Islamskiej Republiki?
Nie. Nie sądzę, aby Islamska Republika miała wkrótce upaść, a tym bardziej mufti. Wojna przyspiesza zmiany wewnętrzne, ale nie prowadzi do upadku reżimu.
Jeśli Ali Chamenei zginie podczas następnej wojny, czy reżim nadal będzie istnieć?
Tak. Pozycja przywódcy rewolucji nie jest w żadnym wypadku ważniejsza niż pozycja Ruhallaha Chomeiniego w 1989 roku.
A czy ewentualna eliminacja Chameneiego podczas wojny sprzyjać będzie pojawieniu się „Bonapartego”, o którym pan wspomina?
Ten „Bonaparte” i tak się pojawi. Bez względu na to, czy będzie wojna, czy nie, czy przywódcy zostaną obaleni, czy nie. Mam nadzieję, że Chamenei nigdy nie zostanie obalony w ten sposób.
Kto, pana zdaniem, mógłby zostać „Bonapartem”?
Nie mam pojęcia. Jest wielu kandydatów. Engels powiedział, że kiedy koło historii zaczyna się kręcić, znajduje swojego człowieka; nie obawiaj się.
Czy Qalibaf (Mohammad Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu – przyp. red.) mógłby zostać „Bonapartem”?
Tak, to możliwe.
Co sądzisz o upadku Nicolása Maduro w Wenezueli i jego potencjalnym wpływie na sytuację w Islamskiej Republice Iranu?
Myślę, że Trump i Maduro mieli już porozumienie. Jednak upadek rządu Maduro nie będzie miał znaczącego wpływu na Islamską Republikę Iranu. Innymi słowy, nie poprawi ani nie pogorszy naszej sytuacji. Irańskie zasoby ropy naftowej mogą stać się ważniejsze dla Chin i Indii.
Czy upadek Maduro nie będzie miał wpływu psychologicznego na rządzącą władzę w Iranie?
Może on wzbudzić nadzieję wśród niektórych grup w Iranie, ale nie są one dla mnie ważne. Nie wiem, ile osób będzie miało większą nadzieję na obalenie Islamskiej Republiki po upadku Maduro.