7 maja minął termin wdrożenia unijnej dyrektywy chroniącej dziennikarzy, aktywistów i naukowców przed nękaniem sądowym. Projekt ustawy trafił do Sejmu, ale prace wciąż trwają. Tymczasem kolejni dziennikarze mierzą się z pozwami za publikowane — a nawet jeszcze nieopublikowane — treści.
Pozwy za zadawanie pytań dziennikarskich, wpisy w mediach społecznościowych czy głośna ostatnio sprawa sądowej próby zablokowania publikacji materiału jeszcze przed publikacją – to przykłady tzw. SLAPP-ów (Strategic Lawsuit Against Public Participation), czyli strategicznych pozwów przeciwko udziałowi społecznemu, mających na celu zastraszanie i tłumienie krytyki, a także ograniczanie debaty publicznej. W 2023 roku na 820 zgłoszonych przypadków SLAPP-ów w Europie aż 128 pochodziło z Polski, jak przekazywała organizacja CASE (Coalition Against SLAPPs in Europe), a w kolejnych latach tendencja utrzymywała się. Polska jest obecnie uznawana za jedno z państw z największą liczbą SLAPP-ów w Europie.
Aby przeciwdziałać sytuacjom, w których dziennikarze czy aktywiści muszą mierzyć się z wielokrotnymi, często bezpodstawnymi pozwami o zniesławienie, powstała dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1069 z dnia 11 kwietnia 2024 roku w sprawie ochrony osób angażujących się w debatę publiczną przed bezzasadnymi zarzutami lub nadużywaniem praktyk sądowych. Do 7 maja Polska miała czas na jej implementację, czyli pełne zakończenie prac legislacyjnych. Choć projekt ustawy został przyjęty przez Radę Ministrów 28 kwietnia 2026 roku, wciąż pozostaje na etapie prac rządowych.
SLAPP-y: „Niesławny artykuł 212”
Projekt rządu był wielokrotnie zmieniany i nadal spotyka się z krytyką organizacji pozarządowych oraz środowisk społecznych. Wskazuje się przede wszystkim na art. 212 Kodeksu karnego, który bywa najczęstszą podstawą prawną takich pozwów. Przepis ten dotyczy pomówienia, czyli przypisania innej osobie, grupie lub instytucji postępowania bądź cech mogących narazić ją na utratę zaufania publicznego lub poniżenie, i przewiduje karę grzywny albo ograniczenia wolności.
Jak mówił w 2024 roku w rozmowie z Euronews Konrad Siemaszko, prawnik i koordynator Programu Wolność Słowa w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, największą bolączką dyrektywy unijnej jest jej ograniczony zakres wynikający z kompetencji Unii Europejskiej. „Dyrektywa odnosi się tylko do spraw cywilnych” – mówił Siemaszko. „Jednocześnie Komisja Europejska w swoich zaleceniach wzywa państwa członkowskie do uwzględnienia również problemu SLAPP-ów karnych”.
Jak wspomniał Siemaszko, jeszcze w 2024 roku ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar zapowiedział „zniesienie odpowiedzialności karnej za zniesławienie, czyli wykreślenie niesławnego artykułu 212 z Kodeksu karnego”. Na razie jednak nic takiego nie nastąpiło, a w obecnym kształcie ustawy „niesławny artykuł” pozostaje nietykalny.
SLAPP – nie tylko publikacje. Wyroki za pytania i zapowiedź artykułu
Co w praktyce oznacza brak zniesienia odpowiedzialności karnej za zniesławienie? Jak pisze na swojej stronie Sieć Obywatelska Watchdog Polska: „Schemat takiego działania jest zwykle podobny. Dziennikarz lub aktywista skrytykuje działania polityka, spółki Skarbu Państwa czy korporacji, powołując się na udokumentowane przez siebie fakty. Niedługo potem zostaje oskarżony o zniesławienie z art. 212 kodeksu karnego lub otrzymuje pozew o naruszenie dóbr osobistych (art. 23 i 24 k.c.)
Tak też stało się m.in. w głośnej sprawie dziennikarza „Obserwatora Nadodrzańskiego” Rafała Remonta, który w 2017 roku wysłał do biura prasowego PGE pytania prasowe, za co został oskarżony o zniesławienie. Został uznany za winnego dwukrotnie – postępowanie przed sądem I i II instancji trwało łącznie sześć lat, a uniewinnił go dopiero w 2023 roku Sąd Najwyższy.
Za zadanie pytań prasowych prawomocnie skazany z art. 212 k.k. został także dziennikarz śledczy Mateusz Teska z „Magazynu Anity Gargas”. Sprawa dotyczyła jednej z sędziów w stanie spoczynku i, jak poinformowała redakcja, „proces prowadzony był na wniosek oskarżycielki w trybie niejawnym”.
Zgodnie z prawem prasowym (art. 11), dziennikarz ma prawo do uzyskiwania informacji, a odmowa — w przypadku instytucji i osób publicznych — może nastąpić wyłącznie z powodu tajemnicy państwowej, służbowej lub innej tajemnicy prawnie chronionej (art. 5 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 roku o dostępie do informacji publicznej).
Zakaz publikacji jako "zabezpieczenie powództwa"
Szeroko dyskutowaną w ostatnich dniach sprawą był również sądowy zakaz publikacji nałożony na dziennikarkę Onetu Magdalenę Rigamonti jeszcze przed samą publikacją właściwego tekstu o opisywanych w artykule zachowaniach reżyserki Joanny Kos-Krauze wobec współpracowników. Jak przekazywał Onet, na jej wniosek sąd wydał w drodze zabezpieczenia powództwa postanowienie zakazujące publikacji oraz zakaz wypowiadania się dziennikarki na temat reżyserki przez rok. Ostatecznie portal złamał sądowy zakaz, publikując tekst i powołując się na wolność wypowiedzi, określając jednocześnie sprawę jako przykład SLAPP-u.
Jak mówił w rozmowie z portalem press.pl prof. Marcin Górski, „zakaz publikacji obszernego artykułu w Onecie nie wydaje się uzasadniony, bo na bazie pozwu i bez wysłuchania drugiej strony sąd nie powinien praw osoby fizycznej do ochrony swoich dóbr kłaść ponad prawa prasy do swobodnej wypowiedzi”. Jednocześnie jego zdaniem redakcja powinna była zastosować się do wydanego zakazu i wnieść o jego uchylenie: „Niestosowanie się do orzeczeń sądów jest niedopuszczalne”. Na brak zaskarżenia decyzji sądu przez portal wskazała także sama Kos-Krauze w swoim oświadczeniu na X.
Implementacja dyrektywy anty-SLAPP w krajach UE
Jak możemy przeczytać na oficjalnej stronie internetowej Unii Europejskiej, w dniu upłynięcia terminu dyrektywę zaimplementowało osiem krajów: Francja, Cypr, Łotwa, Litwa, Malta, Rumunia, Słowenia i Szwecja.
To, jak Polska wdroży dyrektywę anty-SLAPP, pokaże znacznie więcej niż tylko sposób wykonania unijnego obowiązku. Stawką jest to, czy dziennikarze, aktywiści i osoby zabierające głos w sprawach publicznych dostaną realną ochronę przed bezzasadnymi procesami, które pochłaniają energię i pieniądze — na które często nie stać mniejszych redakcji. Pytanie brzmi dziś nie tylko „czy” i kiedy Polska wdroży dyrektywę, ale też jaki ostatecznie będzie kształt ustawy.