Śledź nas
Reklama

Węgry ujawniają akta służb bezpieczeństwa: nazwiska 50–60 tys. domniemanych agentów w sieci

Teczka na konferencji prasowej Historycznego Archiwum Służb Bezpieczeństwa Państwowego (ÁBTL) 29 września 2026 r.
Teczka podczas konferencji prasowej Archiwum Historycznego Służb Bezpieczeństwa Państwowego (ÁBTL), 29 września 2026 r. -  Prawo autorskie  MTI/Szigetváry Zsolt
Prawo autorskie MTI/Szigetváry Zsolt
Przez Anna Flori
Opublikowano dnia
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google
Udostępnij Close Button

Rząd Węgier ujawnił mniej niż połowę dotąd tajnej bazy danych. Zawiera ona informacje o 50–60 tys. osób, które służby bezpieczeństwa sprzed zmiany ustroju prowadziły jako agentów. Z powodu błędu informatycznego na stronie są jednak poważne pomyłki.

Rząd partii Tisza spełnił jedno z najbardziej nośnych wyborczych zobowiązań. 4 listopada, czyli dokładnie 70 lat po radzieckiej interwencji w czasie rewolucji 1956 roku, upublicznił dane ewidencyjne kilkudziesięciu tysięcy osób (50–60 tys.), które przed zmianą ustroju zostały na różne sposoby zwerbowane przez służby bezpieczeństwa państwowego. Ich zadaniem było co pewien czas składać raporty o ludziach ze swojego otoczenia, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich sygnałów mogących świadczyć o działalności wymierzonej w system. Potocznie nazywa się ich donosicielami.

REKLAMA
REKLAMA

Ta obecnie ujawniona i bezpłatnie dostępna baza danych znajduje się na stronie internetowej nyitottaktak.hu, gdzie każdy może swobodnie szukać nazwisk. Na Węgrzech to właśnie ten temat w dużej mierze dominuje dziś w mediach społecznościowych i prasie.

Historycy zarazem ostrzegają, że wiele osób figurujących na ujawnionych kartotekach wykonywało przyjęte pod przymusem zadanie tak, by przekazywane informacje były dla służb bezpieczeństwa bezużyteczne. Są też tacy, którzy w ogóle nigdy o nikim nic nie meldowali. Większość ugięła się pod presją: szantażowano ich okolicznościami z życia prywatnego, których nie chcieli ujawniać, albo groźbami dotyczącymi kariery krewnych i losu najbliższych. Do ewidencji trafiały również osoby, których nazwiska funkcjonariusze jedynie wpisywali na listę, bo mieli narzucone normy co do liczby ludzi, których powinni zwerbować w danym czasie, i chcieli wykazać ich realizację.

Osoby, których nazwiska pojawiają się teraz w tych aktach, wywodzą się w większości nie z elit politycznych czy społecznych, lecz ze zwykłego życia – to tak zwani mali ludzie, przedstawiciele klasy średniej i niższych warstw.

Dlaczego nie ujawniono wszystkich akt?

Powody są dwa.

Najbardziej oczywisty jest taki, że część akt już nie istnieje. Około dwóch trzecich dokumentacji osób niegdyś zwerbowanych została zniszczona z upływem czasu. Bardzo dużo akt spalono lub w inny sposób zlikwidowano właśnie podczas rewolucji 1956 roku, gdy powstańcy zajmowali liczne gmachy publiczne.

Na początku przemian ustrojowych ówczesne kierownictwo służb bezpieczeństwa poleciło z kolei podwładnym niszczenie kompromitujących dokumentów i nagrań przechowywanych na taśmach magnetofonowych, by w ten sposób ochronić swoich agentów, a zapewne i samych siebie przed spodziewaną w przyszłości rozliczeniową gehenną.

Trzon zachowanego i obecnie opublikowanego zbioru stanowi około 24–36 tys. papierowych kartotek oraz taśmy magnetyczne, na których zapisano ok. 58 tys. nazwisk.

Drugi powód, dla którego nie dało się teraz upublicznić całej zachowanej dokumentacji, to obowiązujące ograniczenia ustawowe, którym trzeba było sprostać. Dlatego realizacja obietnicy partii Tisza, złożonej w kampanii przed węgierskimi wyborami zaplanowanymi na kwiecień 2026 roku, może nastąpić tylko w dwóch etapach. Chodzi o ujawnienie tej części dokumentów, która dotyczy agentów sprzed zmiany ustroju.

Co już jest publicznie dostępne?

Akta udostępnione 4 listopada pochodzą z trzech rejestrów. Po pierwsze, z kartotek zawierających dane osobowe agentów, okoliczności ich zwerbowania i okres działalności w siatce. Po drugie, z tak zwanych dzienników werbunkowych, gdzie w formie list wymienione są osoby i daty ich pozyskania. Po trzecie, z wczesnego systemu informatycznego opartego na taśmach magnetycznych, używanego od lat 70., z którego pozyskano dane o sieci agenturalnej i pseudonimach. Warto wiedzieć, że wrażliwe informacje dotyczące zdrowia oraz życia seksualnego zostały w tych dokumentach zaczernione przez władze.

Teczki, które mają znacznie większą wartość niż już przeszukiwalny zbiór, bo zawierają szczegóły pracy agentów, zgodnie z planem mają trafić na stronę internetową najpóźniej do 25 lutego 2027 roku, dnia pamięci ofiar komunizmu.

Problem polega na tym, że w następnym etapie do opinii publicznej trafi zaledwie ok. 10 tys. teczek, bo tylko tyle się zachowało. Oznacza to, że faktyczny zakres działalności ujawni się jedynie w przypadku ułamka z 50–60 tys. osób figurujących w obecnie dostępnych aktach jako zwerbowani agenci. Tylko w ich przypadku będzie można stwierdzić, czy komukolwiek zaszkodzili.

Pierwsze reakcje

Historycy zgodnie przestrzegają przed pochopnym osądzaniem. Sam fakt, że czyjeś nazwisko znajduje się w tym rejestrze, nie mówi jeszcze nic o jego późniejszej działalności. Dlatego apelują o cierpliwość i ich zdaniem warto poczekać na szczegółowe teczki, które mają zostać ujawnione na początku przyszłego roku. Dopiero z nich może wynikać, czy dana osoba, jako zwerbowany agent, wyrządziła komukolwiek jakąkolwiek krzywdę.

Część wypowiedzi politycznych jest z tym zgodna, natomiast przewodniczący klubu parlamentarnego Fideszu, János Bóka, ostro zaatakował rząd, oskarżając partię Tisza o oszustwo. Jak stwierdził: „Tisza także dziś oszukuje Węgrów: upublicznienie dziesiątek tysięcy wyrwanych z kontekstu dokumentów, bez jakiejkolwiek analizy, nie przybliża nas do poznania i przepracowania naszej przeszłości”. Polityk dodał, że rząd w ten sposób podsyca konflikty społeczne i nastawia ludzi przeciwko sobie nawzajem.

Oświadczenie wydał także Węgierski Kościół Katolicki, podkreślając, że „choć na listach pojawiają się również osoby duchowne, ważne jest, by jasno widzieć ogólny, opresyjny mechanizm dyktatury oraz tysiące prześladowanych księży, tak aby uniknąć jednostronnych wyroków i uproszczonego piętnowania”.

To główny temat także w mediach społecznościowych

W ciągu ostatnich półtora dnia bardzo wiele osób wyszukiwało w serwisie nyitottaktak.hu swoich znajomych, w tym krewnych, przyjaciół oraz ich rodziny i przyjaciół. Niektórzy z niedowierzaniem przyjęli fakt, że system nie pokazał żadnego wyniku przy nazwiskach osób, o których wiedzieli na pewno – albo które same wcześniej przyznały – że były agentami służb bezpieczeństwa. Zdarzył się też poważny błąd systemu: dotyczył on między innymi ówczesnego polityka okresu przemian ustrojowych, późniejszego wicemarszałka parlamentu, Sándora Lezsáka. Nie tylko nie był on donosicielem, ale figurował wśród osób obserwowanych. Archiwum przeprosiło za ten błąd i rozpoczęło weryfikację odpowiedniej części bazy danych.

Czy spełniło się to, na co węgierskie społeczeństwo czeka od zmiany ustroju?

Ogólnie można stwierdzić, że choć rząd Tisza zrealizował kolejną ważną obietnicę wyborczą, sprawa ma znacznie szerszy wymiar. Węgierskie społeczeństwo od dziesięcioleci czeka bowiem na odpowiedź na pytanie, kto konkretnie – także w ich najbliższym otoczeniu – współtworzył aparat represji, który dla wielu ludzi okazał się tragiczny w skutkach, a zarazem wytwarzał atmosferę podejrzliwości, a w pewnych okresach wręcz strachu.

Od zmiany ustroju kilka sił politycznych zapowiadało już ujawnienie tych tajnych rejestrów, lecz z różnych powodów plany te za każdym razem spełzały na niczym. Historycy, którzy od lat domagali się pełnego udostępnienia tego dziś już archiwalnego zasobu do celów badawczych, nieustannie ostrzegali przed zagrożeniami związanymi z nieograniczonym dostępem do takich danych. Większość laików nie ma bowiem wystarczającej wiedzy o wewnętrznym funkcjonowaniu dawnych służb bezpieczeństwa państwowego ani nawet o ich strukturze organizacyjnej. W efekcie osoba, która wyszukuje w takim rejestrze jakieś nazwisko, często nie jest w stanie zrozumieć, co oznaczają litery i/lub symbole liczbowe widniejące w aktach, czyli który wydział lub komórka zwerbowały daną osobę i w jakim przypuszczalnym celu.

Sytuację dodatkowo komplikuje wspomniana już okoliczność, że pracownicy służb bezpieczeństwa wpisywali na te listy także osoby, które w ogóle o tym nie wiedziały, tylko po to, by wykazać, że zwerbowali taką liczbę ludzi, jakiej oczekiwali od nich przełożeni.

Najważniejsze pytanie brzmi być może, co stanie się z tymi kilkudziesięcioma tysiącami osób, których nazwiska widnieją w aktach udostępnionych teraz w bazie danych, ale nie pojawią się już w kolejnej transzy ok. 10 tys. szczegółowych raportów. W ich przypadku nigdy się nie dowiemy, co i o kim donosili, a nawet czy kiedykolwiek złożyli jakiekolwiek doniesienie na kogokolwiek.

Źródło: strona internetowa rządu Węgier, Archiwum Historyczne Służb Bezpieczeństwa Państwowego, ATV

Przejdź do skrótów dostępności
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google

Czytaj Więcej

Węgry: 4 listopada ujawnione zostaną teczki agentów, dane 50–60 tys. osób trafią do sieci

Węgry ujawniają akta służb bezpieczeństwa: nazwiska 50–60 tys. domniemanych agentów w sieci

Ukraina odrzuca stałe ograniczenia eksportu rolnego po wejściu do UE