Ponad 700 tys. osób w Libanie musiało opuścić swoje domy w związku z eskalacją konfliktu w regionie. Rodziny szukały schronienia w szkołach, samochodach i tymczasowych obozach.
Chwilę po ogłoszeniu przez Hezbollah, że w solidarności z Iranem zaatakuje Izrael, libańskie miasta wypełniły się tysiącami przesiedleńców z południa kraju.
Działo się to około 72 godziny po wybuchu amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem.
Według lokalnych mediów ludzie błąkali się w środku nocy w przerażeniu oczekując izraelskiej zemsty.
Strach szybko przerodził się w panikę. Cywile otrzymywali automatyczne połączenia z nieznanych numerów, nakazujące natychmiastową ewakuację.
Kilka godzin później rzecznik izraelskiej armii Avichai Adrai wydał oświadczenie nakazujące opuszczenie południa Libanu, obejmującego około 25 procent kraju.
Wśród mieszkańców pojawiło się jedno pytanie: dokąd i jak bezpiecznie się opuścić zagrożone tereny?
Według UNICEF około 700 tys. osób, w tym 200 tys. dzieci, opuściło swoje domy bez podstawowych środków do życia.
Ludzie obawiali się powtórzenia scenariusza z września 2024 roku, kiedy Izrael przeprowadził operację Strzały Północy, wykonując 1600 nalotów na południe Libanu.
W wyniku tamtej operacji zginęło ponad 500 cywilów.
Tym razem chaos był jeszcze większy. Na ulicach pojawiły się wielokilometrowe, utrzymujące się ponad dwa dni.
Jak państwo libańskie poradziło sobie z kwestią przesiedleń?
"Po tym jak ludzie wpadli w panikę, państwo nie wydało żadnego oświadczenia i nie ogłoszono stanu wyjątkowego" - mówią uchodźcy
"Rząd Nawafa Salama nie dokonał interwencji wobec Hezbollahu" - dodają.
Wielu z nich ma wrażenie, że oficjalne władze porzuciły ich i pozostawiły samym sobie w obliczu kryzysu.
Po ataku Hezbollahu na Izrael władze Libanu ogłosiły dystrybucję codziennych ciepłych posiłków i ograniczoną pomoc finansową dla mieszkańców. Mimo to, środki te są niewystarczające, aby zaradzić skali kryzysu humanitarnego.
Kryzys wojenny dotknął 120 tysięcy osób, a pomoc libańskich władz pokrywa jedynie część podstawowych potrzeb, takich jak żywność, czynsz i opieka zdrowotna.
W środę Ministerstwo Spraw Społecznych ogłosiło otrzymanie pierwszego samolotu z pomocą humanitarną.
Transport lotniczy był wspierany przez Unię Europejską za pośrednictwem UNICEF.
Samolot przewoził 45 ton zapasów awaryjnych, które mają wspomóc 400 tysiącom osób dotkniętych przesiedleniem.
W przesyłce znalazły się podstawowe artykuły dla dzieci i rodzin, w tym środki medyczne.
Ostre podziały i polityczne powiązania
W Libanie widać głębokie podziały dotyczące kryzysu humanitarnego.
Niektóre osoby otworzyły swoje domy dla uchodźców. Inni wykorzystują sytuację i podnoszą ceny wynajmu do dwóch tysięcy dolarów miesięcznie, wymagając zaliczki z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Pojawiały się też wezwania do wydalenia tych uchodźców, którzy popierają Hezbollah, aby obarczyć ich odpowiedzialnością za wciągnięcie Libanu w wojnę.
W świetle presji ekonomicznej wielu uchodźców zostało zmuszonych do korzystania ze szkół jako tymczasowych schronień lub pozostania w swoich samochodach.
Są też tacy, którzy wybrali ulicę z powodu braku alternatywnych rozwiązań.
Niektóre postawy wśród społeczeństwa zostały określone jako mało empatyczne i nie na miejscu. Burmistrz Bejrutu został skrytykowany za to, że zaprotestował przeciwko obecności uchodźców na ulicach stolicy.
"Wybudowaliśmy mieszkania za miliony dolarów, aby mieć widok na morze, a nie na namioty uchodźców"- stwierdził.
Batoul: "Moim jedynym zmartwieniem jest ochrona moich dzieci"
26-letnia uchodźczyni z miasta Shu'aitieh w południowym Libanie o imieniu Batoul w rozmowie z Euronews podkreśla, że boi się eskalacji konfliktu. Dla niej jako matki dwójki dzieci, największym zmartwieniem jest zapewnienie ochrony dla swoich bliskich.
"Spędziliśmy 12 godzin w drodze i pokonaliśmy zaledwie 85 kilometrów. W końcu dotarliśmy do miasta Kifoun w Górnym Libanie"- mówi.
"Moje dzieci nie rozumieją całej sytuacji, a ucieczka z terenów ogarniętych wojną była testem naszej cierpliwości na strach, głód i zmęczenie" - dodaje.
Po przybyciu na miejsce Batoul napotkała kolejne trudności.
Kobieta chciała wynająć trzypokojowe mieszkanie, ale właściciel żądał astronomicznego czynszu w wysokości 1500 dolarów.
"Musieliśmy zaakceptować ofertę, mimo że mieszkanie nie było warte tej kwoty, ale nie chciałam znaleźć się z dziećmi na ulicy"- dodaje.
Młodzieżowy wolontariat
W świetle kryzysu humanitarnego i bezczynności państwa, grupa młodych ludzi podjęła inicjatywę wolontariatu i utworzenia komórek zajmujących się dystrybucją żywności i podstawowych potrzeb dla przesiedleńców.
Wolontariuszka Walaa Taleb, lat 23, powiedziała, że jej inicjatywa rozpoczęła się od grupy influencerów, których poznała w mediach społecznościowych:
"Zaczęliśmy spontanicznie zbierać darowizny za pośrednictwem naszych osobistych kont i poszliśmy na ulicę, aby wysłuchać potrzeb ludzi i spróbować je zaspokoić" - mówi.
Walaa dodaje: : "Nie tylko wojna zmusiła ludzi do wyjścia na ulice, ale innym powodem jest odmowa niektórych Libańczyków przyjmowania uchodźców w swoich dzielnicach, a także wzrost czynszów za pokoje do poziomów, które znacznie przekraczają średnią pensję w Libanie".
"Traktowanie uchodźców wewnętrznych przez władze miejskie Bejrutu było niesprawiedliwe, ponieważ zostali oni wydaleni z niektórych miejsc pod pretekstem zachowania "widoku na morze", co skłoniło wielu z nich do powrotu na południowe przedmieścia i do doliny Bekaa, gdzie groziło im niebezpieczeństwo" - powiedziała.
Jeśli chodzi o szkoły, które otworzyły swoje podwoje, Walaa powiedziała: "Szkoły te przyjmują więcej osób, niż są w stanie pomieścić; w niektórych przypadkach 500 osób jest rozmieszczonych w zaledwie 28 pokojach, każda rodzina jest oddzielona plastikowym prześcieradłem i cierpią z powodu braku prywatności. Jednak ich sytuacja jest i tak lepsza niż tych, którzy musieli pozostać na ulicach, gdzie nie ma żadnych udogodnień, podczas gdy w szkołach odbywają się zajęcia i kursy dla dzieci i kobiet".
Walaa mówi, że widzi te same sceny z poprzedniej wojny: "Większość przesiedleńców schroniła się w tych samych szkołach, do których chodzili podczas wojny w 2024 roku. Podczas poprzedniej bitwy rozpoznałam kobietę w ciąży, a dziś widziałam ją w tej samej szkole, ale z dzieckiem".
"Obecnie rozdajemy posiłki z kuchni charytatywnych dzięki darowiznom, ale obawiamy się, że dynamika wsparcia zmniejszy się, jeśli wojna się przedłuży. Niektóre szkoły, takie jak Hariri School w Bejrucie, przyjmują ponad 1200 osób i muszą angażować około sześciu organizacji dziennie, aby zapewnić posiłki, więc co się stanie, jeśli darowizny się skończą?"- dodaje.
Lekkie torby niosą ze sobą wiele goryczy
Podczas przesiedleń Libańczycy niosą nie tylko swoje torby i przerażone dzieci, ale także gorycz podziałów politycznych.
Pomiędzy namiotem wzniesionym na poboczu drogi w "ekskluzywnej" dzielnicy, a przepełnioną salą w szkole publicznej, podnoszą się konkurujące ze sobą głosy.
Ponieważ państwo libańskie nie wywiązuje się ze swoich podstawowych obowiązków, najbardziej palącym pytaniem pozostaje: Czy społeczeństwo obywatelskie, dzięki swoim dobrowolnym wysiłkom, może złagodzić skutki tej katastrofy?