W czterech prowincjach środkowej Argentyny i Patagonii wprowadzono stan klęski żywiołowej. Decyzję ogłosił w piątek prezydent Javier Milei w związku z pożarami, które od początku roku zniszczyły co najmniej 230 000 hektarów.
Pożary lasów w Patagonii nie ustępują. Ogień trawi rozległe tereny wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO, argentyńskiego Parku Narodowego Los Alerces. Płoną tam także drzewa liczące około 2600 lat.
To najdotkliwsza fala pożarów w regionie od dziesięcioleci. Dotychczas zniszczeniu uległo ponad 40 tysięcy hektarów lasów i terenów naturalnych. Z zagrożonych obszarów ewakuowano tysiące mieszkańców oraz turystów.
Katastrofa wywołała narastające niezadowolenie społeczne i krytykę wobec prezydenta Argentyny Javiera Mileiego. Wprowadzone przez jego rząd głębokie oszczędności znacząco ograniczyły finansowanie instytucji publicznych, w tym służb odpowiedzialnych za walkę z pożarami.
Strażacy alarmują, że ich sytuacja finansowa stała się dramatyczna.
Wynagrodzenia spadły poniżej 500 dolarów miesięcznie, co w realiach argentyńskiej gospodarki oznacza życie poniżej progu ubóstwa dla czteroosobowej rodziny.
"Dziś w parku pracuje 390 strażaków. Gdy Milei obejmował urząd, było nas 430. Brakuje rąk do pracy, bo ludzie odchodzą. Przy takich pensjach nie da się utrzymać"- mówi strażak z Parku Narodowego Los Alerces Hernán Mondino.
Z danych budżetowych wynika, że w 2024 roku finansowanie Państwowej Straży Pożarnej zostało obcięte o ponad 80 procent.
Tegoroczny budżet przewiduje kolejną redukcję wydatków, tym razem o 71 procent.
Strażacy podkreślają, że ograniczanie kadr i środków następuje w momencie rosnącego zagrożenia.
Zmiany klimatyczne zwiększają ryzyko pożarów lasów i buszu, co - ich zdaniem - wymaga wzmocnienia służb, a nie dalszych cięć.