Przed polską gospodarką stoją konkretne wyzwania: łatanie luki kapitałowej, nadchodząca zapaść demograficzna i ściągnięcie kapitału z Zachodu. Jak wygląda dyplomacja gospodarcza w praktyce, jak ściągnąć do Polski kapitał zagraniczny i jak negocjuje się flagowe projekty z Brukselą?
Rozmawiamy z Jarosławem Dąbrowskim, członkiem zarządu BGK nadzorującym współpracę międzynarodową i inwestycje kapitałowe.
Jakub Janas: Według unijnego Rejestru Przejrzystości, wasze biuro w Brukseli to trzy etaty. Wasi włoscy odpowiednicy mają ich oficjalnie 15, Niemcy i Francuzi po 7, nie wspominając nawet o większych środkach.
Jarosław Dąbrowski, BGK: Jesteśmy bezsprzecznie w pierwszej piątce banków rozwoju w Europie, na poziomie czwartego lub piątego miejsca, jeśli liczyć ex aequo z Hiszpanami. Obok Europejskiego Banku Inwestycyjnego jesteśmy obecnie drugim największym bankiem w Europie, który realizuje i wdraża programy unijne. Natomiast odpowiadając wprost: tak, z mojego punktu widzenia powinniśmy mieć silniejszą obecność w Brukseli. Podwojenie skali naszej obecności nie byłoby nietaktem, a na pewno byłoby bardzo efektywne.
Obecnie mam plan, by dołożyć do biura osobę ze stricte twardym doświadczeniem finansowym i bankowym, która stanie się naszym bezpośrednim łącznikiem między Brukselą a Luksemburgiem, gdzie mieszczą się siedziby Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI) i Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego (EFI). Nie ma sensu budować osobnego biura w Luksemburgu, bo bywamy tam regularnie, ale taki łącznik jest niezbędny. Zwłaszcza teraz, gdy wchodzimy w kluczowy etap budowania europejskich programów technologicznych, które mocno promują szefowa EBI Nadia Calviño oraz kierująca EFI Marjut Falkstedt.
Pytam o te etaty, bo Wasza konkurencja dzięki nim uprawia w Brukseli twardy lobbing. Podczas naszej rozmowy konsekwentnie unika pan tego słowa.
Uważam, że jest ono niewłaściwe. Nasza rola polega na wsparciu instytucjonalnym w zakresie optymalizacji podejmowania decyzji przez instytucje unijne. Mamy w banku silny Departament Badań i Analiz, w tym Biuro Analiz Geoekonomicznych. Zależy nam na dostarczaniu rzetelnej wiedzy dyrektoriatom generalnym, Komisji Europejskiej czy Parlamentowi Europejskiemu po to, aby unijne prawo było dopasowane do realiów rynku i żeby po prostu nie tworzono legislacyjnych bubli.
Czy urzędnicy w Brukseli naprawdę czytają raporty nadsyłane z Warszawy?
Tak, i mamy na to dowody. Nasze opracowania na temat inwestycji w Europie Środkowo- Wschodniej dostały bardzo dobre recenzje między innymi od wiceprezesa EBI Roberta de Groota czy komisarz ds. startupów i innowacji Ekateriny Zaharievej. Pokazujemy w nich na danych, że cały nasz region CEE jest “overperforming and undervalued” czyli rośnie powyżej oczekiwań, ale jest niedoceniany przez inwestorów, przez co zmaga się z ogromną luką kapitałową. W Polsce wskaźnik inwestycji potrafił wynieść w ostatnich latach niecałe 17% PKB przy średniej unijnej na poziomie 22% i wskaźnikach naszych sąsiadów Czechów sięgających 25%.
Z czego dokładnie ta luka wynika?
Polski rynek kapitałowy i rynek funduszy inwestycyjnych jest od czterech do nawet sześciu razy mniejszy niż średnia europejska. Na samej konsumpcji żaden kraj daleko nie pojedzie, zwłaszcza, że przed nami stoi wielkie wyzwanie.
Jakie?
Zapaść demograficzna. Trzeba użyć tego słowa. W ciągu najbliższych 10 lat z polskiego rynku pracy znikną ponad dwa miliony ludzi. Te osoby przejdą do sfery socjalnej albo znikną z rynku w ogóle. Jeśli nie zrealizujemy w tym czasie skokowych inwestycji w nowe technologie, innowacyjność i automatyzację, nie zrównoważymy tego ubytku na rynku pracy.
Tę lukę inwestycyjną bank stara się wypełniać aktywnym zaangażowaniem, między innymi waszym flagowym projektem Future Tech Poland: fundusz funduszy z pulą 1,5 miliarda złotych, który ma zasilić polskie fundusze VC i growth. Skąd ten pomysł?
Punktem wyjścia był nasz raport o strukturze inwestycji w Polsce. Poszliśmy z nim bezpośrednio do Komisji Europejskiej, do pionu komisarz Ekateriny Zaharievej, oraz do Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego w Luksemburgu. Prowadziliśmy te rozmowy z udziałem naszego biura w Brukseli, analizując krok po kroku, co jest proceduralnie możliwe.
Całe dopinanie projektu trwało kilka miesięcy, ale była to bardzo dobra rozmowa. Polska była pierwszym krajem w naszym regionie, który zdecydował się na wynegocjowanie takiego modelu z EFI. Mieliśmy przywilej pierwszeństwa, ale też i koszt w postaci czasu na negocjacje, bo zależało nam na dostosowaniu unijnej wizji do specyfiki polskiego rynku. Dziś zainteresowanie takim rozwiązaniem wyrażają m.in. Węgrzy, Słoweńcy, Chorwaci czy Rumuni.
Jak podzieliliście się finansowaniem i odpowiedzialnością?
Wyłożenie przez nas miliarda złotych było prawdziwym game changerem przy stoliku negocjacyjnym. Pokazaliśmy instytucjom unijnym, że nie jesteśmy petentem, który przychodzi po wsparcie, ale partnerem wnoszącym większość kapitału. EFI dołożył 500 milionów złotych. Operatorem programu został EFI ze względu na swoje 30-letnie know-how w budowaniu funduszy funduszy (fund of funds).
Czyli decyzje należą do EFI?
Decyzje są wspólne, pod wszystkimi programami i decyzjami podpisujemy się razem z nimi. Zależało nam na tym, aby realizować ten projekt z EFI z dwóch powodów: ze względu na ich unijne procedury oraz ze względu na rozpoznawalną, globalną markę. BGK ma 100 lat historii i świetne wyniki. Rok temu w samej grupie kapitałowej wygenerowaliśmy ponad 4 miliardy złotych zysku, wpłacając z tego 1,5 mld zł do budżetu państwa. Gdy jednak zagraniczny fundusz prywatny widzi, że dany program jest współtworzony i certyfikowany przez EFI, o wiele chętniej wchodzi we wspólne inwestycje. W ten sposób ściągamy do Polski kapitał prywatny z Zachodu.
Przenieśmy się na chwilę z Brukseli do Warszawy. Żeby inwestować w spółki technologiczne, stworzyliście spółkę-córkę Vinci S.A. Dlaczego?
BGK z mocy ustawy nie może bezpośrednio obejmować udziałów w spółkach operacyjnych. Z tego powodu powstała spółka Vinci, która zarządza funduszami o kapitale ponad miliarda złotych. Używamy jej do precyzyjnych interwencji na rynku tam, gdzie kapitał prywatny jeszcze nie działa wystarczająco efektywnie.
To przez Vinci weszliście w ElevenLabs – polski startup AI wyceniany na rekordowe 11 miliardów dolarów – oraz w polsko-fińską spółkę mikrosatelitarną ICEYE. Co ma z tego polska gospodarka?
Nazywam to strategią homecoming. Przez lata wiele polskich firm technologicznych uciekało na Zachód, bo w kraju nie było funduszy typu growth, które mogłyby sfinansować ich szybki rozwój. Dziś budujemy ekosystem, który pozwala tym firmom wracać.
Zarządzamy kapitałem państwowym, więc nasza inwestycja musi być zyskowna – nie rozdajemy dotacji, tylko zarabiamy pieniądze. Ale obok zysku jest misja. Założyciele ElevenLabs wracają do Polski, inwestują w tutejsze R&D i budują z nami projekt AI Lab Poland. Z kolei technologia radarowa ICEYE została zakupiona przez polskie wojsko, zapewniając nam autonomiczną obserwację satelitarną.
Co jeszcze znajduje się w portfelu Vinci poza tymi dwoma głośnymi nazwami?
Mamy tam szereg spółek z obszaru deep tech oraz technologii podwójnego zastosowania (dualuse). Zainwestowaliśmy między innymi w Sybilla Technologies (35 mln zł, branża space & defense tech), Mewo (62.5 mln zł, eksploracja dna morskiego i offshore), SR Robotics (36 mln zł, podwodne drony dla portów) czy Jutro Medical (med-tech, udział w rundzie o wartości 101 mln zł).
W każdej z tych inwestycji obowiązuje jedna zasada: nie chcemy być „Zosią Samosią”. Każdy projekt musi przejść test kapitału prywatnego. Byliśmy wśród tych, którzy do ICEYE przekonali Rafała Brzoskę. Budujemy efekt dźwigni: państwowy kapitał daje impuls, a rynek prywatny go skaluje.
We Francji trwa obecnie ogromne wzmożenie na punkcie europejskiej suwerenności technologicznej – promowany jest model AI Mistral i wymiana amerykańskiego oprogramowania na europejskie. Czy Polska nie powinna iść tą samą drogą?
Nie wszystkie obszary wymagają europeizacji czy nacjonalizacji. Przy zwykłych aplikacjach użytkowych to po prostu nie ma sensu.
Rozmawiamy w momencie dużej przebudowy europejskiego układu sił. Wrócił Pan właśnie z wyjazdu na Węgry. Jak z tej perspektywy wygląda dzisiejsza pozycja Polski?
Polska pokonała ogromny dystans. Trzydzieści lat temu to my jeździliśmy do Budapesztu uczyć się nowoczesnej, zachodniej bankowości od Węgrów. Węgry były dla całego regionu bezdyskusyjnym wzorem. Dzisiaj to węgierski bank rozwoju MFB przyjeżdża do Warszawy, żeby podglądać i uczyć się od nas, jak budować silną, rentowną instytucję rozwojową.
A wy możecie promować swój punkt widzenia. Czyli jednak lobbing?
Nie, twarda dyplomacja gospodarcza. Naszym zadaniem w Brukseli nie jest czysta polityka ani samo budowanie świadomości, lecz dostarczanie analiz regionalnych, współpraca z zagranicą, współtworzenie profesjonalnych instrumentów finansowych z EFI i EBI oraz pilnowanie, aby unijny strumień kapitału budował w Polsce trwałe, nowoczesne aktywa. Tak właśnie pojmujemy naszą misję.
„Przebijanie brukselskiej bańki” to nowa seria wywiadów o mechanizmach wpływu w Brukseli. Poprzednią rozmowę o tym, jak temat wody staje się w Polsce wyzwaniem na miarę transformacji energetycznej i jak w jej temacie lobbuje Federacja Przedsiębiorców Polskich znajdziesz tutaj.