Wygrana z europejską Big Pharmą, dziesięcioletnia batalia z polskim rządem przed Trybunałem Sprawiedliwości UE oraz budowa geopolitycznego sojuszu północno-wschodniej flanki Europy: Konfederacja Lewiatan obchodzi 25-lecie stałej obecności w Brukseli. Jak wyglądają kulisy ich lobbingu?
Rozmawiamy z Kingą Grafą, dyrektorką przedstawicielstwa Konfederacji Lewiatan w Brukseli oraz członkinią Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (EKES).
Jakub Janas: Niedawno były szef Lewiatana Maciej Witucki objął stery w BusinessEurope, największej federacji biznesu w Europie, stając się pierwszym szefem tej organizacji z Europy Środkowo-Wschodniej. Rozmawiałem o tym z Anną Mazur z Allegro, która przewodzi radzie European Tech Alliance: ona również stara się wnosić perspektywę naszego regionu. To dowód siły polskiego biznesu czy wymóg geopolityki?
Kinga Grafa: Maciej Witucki dał się poznać jako wyrazisty lider, m.in. pełniąc funkcję specjalnego wysłannika BusinessEurope do spraw Ukrainy. Nasze położenie geopolityczne oraz zrozumienie sytuacji za wschodnią granicą odegrały kluczową rolę. Polska jest największą gospodarką regionu, a my potrafiliśmy przekuć to w silny, słyszalny głos. Wspólnie z Czechami, państwami bałtyckimi i nordyckimi zawiązaliśmy wewnątrz unijnego biznesu nieformalną koalicję „North-East Flank”, aby wspólnie walczyć o specyficzne potrzeby naszej części kontynentu w zakresie odporności i gotowości na kryzysy.
Co dokładnie znajduje się na agendzie tego sojuszu?
Zanim BusinessEurope zaczęło pracować w zakresie obronności, my zdefiniowaliśmy pojęcie odporności (resilience) znacznie szerzej niż tylko przez pryzmat wydatków militarnych. Włączyliśmy w to inwestycje w infrastrukturę krytyczną, cyberbezpieczeństwo oraz bezpieczeństwo farmaceutyczne: produkcję substancji czynnych (API) do leków. Skoro to na wschodniej flance stacjonują wojska sojusznicze, zabezpieczenie dostaw leków staje się elementem doktryny obronnej. Do koalicji należą wszystkie kraje nordyckie, bałtyckie, Czechy, my, a obecnie rozmawiamy o dołączeniu Rumunii.
Ćwierćwiecze doświadczeń, które właśnie świętujecie, przydaje się dziś w relacjach z Ukrainą?
Tak, to dla nas naturalny fundament. Obecnie wspieramy dwie ukraińskie organizacje pracodawców o statusie obserwatora w BusinessEurope: Związek Przedsiębiorców Ukrainy oraz Federację Pracodawców Ukrainy. Szczególnie blisko współpracujemy z pierwszym z nich, z którym współdzielimy nasze biura w Brukseli oraz w Warszawie. To na razie współpraca symboliczna, ale budujemy dla nich pomost do stałej obecności w Brukseli. Tłumaczymy im dokładnie to, co sami zrozumieliśmy 25 lat temu: w unijny proces decyzyjny trzeba wejść na długo przed formalną akcesją do Wspólnoty.
Łatwo było nakłonić innych do współpracy?
Powiem wprost: po wybuchu pełnoskalowej wojny w 2022 roku w Brukseli dało się słyszeć głosy w stylu: „my potrzebujemy powrotu do relacji biznesowych z Rosją” i brak wiary w to, że Ukraina będzie w stanie odeprzeć atak i walczyć. Nasza rola, jak również federacji z naszego regionu oraz północy, była wtedy szczególnie ważna – to był silny głos wsparcia Ukrainy, który nadał kierunek. Maciej Witucki odegrał w tej sprawie ważną rolę: prezentował bezkompromisowe stanowisko, ale potrafił rozmawiać z nieprzekonanymi i tłumaczyć im realne zagrożenia.
To pokazuje, że obecność ludzi z naszego regionu realnie kształtuje debatę w Brukseli.
Zdecydowanie. Podczas zorganizowanego przez nas spotkania prezydentów BusinessEurope w Warszawie, tuż przed startem polskiej prezydencji w Radzie UE, odbyła się dyskusja z naszymi ukraińskimi partnerami. Do udziału zaprosiliśmy również byłego prezydenta Finlandii Sauliego Niinistö, aby przedstawił swój raport na temat gotowości cywilnej i obronnej UE. Wszyscy cytują dziś raporty Letty i Draghiego, ale to raport Niinistö domyka triadę diagnozującej współczesną Europę. Takie inicjatywy zbudowały pozycję Lewiatana jako dojrzałego gracza, który potrafi kreować unijną agendę.
Co więc będzie głównym motywem brukselskiej konferencji 25-lecia Lewiatana?
30 września w Brukseli chcemy przede wszystkim rozmawiać o przyszłości europejskiej konkurencyjności – i o tym, jak przejść od diagnoz i ambitnych deklaracji dokonkretnych działań. Europa dobrze zna już swoje słabości. Teraz kluczowe jest stworzenie warunków, które pozwolą firmom inwestować, rozwijać się i skutecznie konkurować na globalnym rynku. Dlatego dyskusja obejmie kilka ściśle powiązanych obszarów: uproszczenie regulacji, pogłębienie jednolitego rynku, zwiększenie inwestycji oraz przyszłe Wieloletnie Ramy Finansowe i Europejski Fundusz Konkurencyjności. Chcemy zastanowić się, jak te instrumenty mogą wspólnie przełożyć europejską agendę konkurencyjności na realną zmianę dla przedsiębiorstw.
Jaka jest więc strategia polskiego biznesu i rządu na negocjacje nowego budżetu unijnego?
Mam nadzieję, że dyskusja, którą planujemy zorganizować, 30-go września pozwoli nam lepiej zrozumieć nasze cele. Warto przyjrzeć się doświadczeniom państw, które koncentrują swoje działania na kilku jasno określonych obszarach strategicznych i wokół nich budują współpracę administracji, biznesu i innych interesariuszy. Estonia jest tutaj ciekawym przykładem – konsekwentnie koncentruje uwagę m.in. na obronności, cyfryzacji i cyberbezpieczeństwie.
Podczas niedawnego spotkania z komisarzem Serafinem rozmawialiśmy m.in. o możliwości silniejszego oparcia unijnego finansowania innowacji na kryterium doskonałości – excellence. Z punktu widzenia Polski jest to kwestia wymagająca szczególnej uwagi. Polskie firmy nadal nadrabiają różnice wobec części zachodnioeuropejskich konkurentów pod względem dostępu do kapitału, infrastruktury badawczej czy możliwości prowadzenia prac B+R. Dlatego powinniśmy zadbać o to, aby przyszłe zasady finansowania innowacji uwzględniały również potencjał rozwojowy przedsiębiorstw i wspierały budowanie zdolności innowacyjnych w całej Unii. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że dostęp do części instrumentów będzie dla polskich firm znacznie trudniejszy.
Przejdźmy do unijnej kuchni. Jednym z Waszych największych sukcesów było przeforsowanie rozporządzenia SPC Manufacturing Waiver, dzięki któremu polskie fabryki mogą wytwarzać leki na eksport przed wygaśnięciem patentów Big Pharmy. Jak wyglądała ta batalia?
To podręcznikowy przykład skutecznego lobbingu. Wspólnie z polskimi producentami leków, reprezentowanymi przez PZPPF, zaczęliśmy działać już na etapie programu prac Komisji Europejskiej. Zauważyliśmy w nim zapowiedź przeglądu SPC Manufacturing Waiver (SPC MW), umożliwiającego producentom leków generycznych i biopodobnych produkcję na eksport poza UE w okresie obowiązywania SPC. I od razu zaczęliśmy działać na rzecz naszych firm.
Problem był bardzo konkretny. Polscy producenci leków generycznych i biopodobnych tracili miliardy, ponieważ w okresie obowiązywania SPC nie mogli produkować leków ani na eksport, ani tworzyć zapasów z myślą o wejściu na rynek UE zaraz po wygaśnięciu SPC. W praktyce oznaczało to, że dopiero po wygaśnięciu ochrony mogli rozpocząć produkcję, a uruchomienie linii produkcyjnych zajmowało kolejne miesiące. W tym czasie producenci spoza UE mogli już zdobywać rynek.
W takim przypadku brukselski lobbysta w pierwszym kroku zamawia raporty czy od razu dzwoni do europosłów?
Wspólnie z PZPPF i europosłami zorganizowaliśmy konferencję w Parlamencie Europejskim. Do udziału zaprosiliśmy Komisję Europejską oraz nasze Stałe Przedstawicielstwo - wydział Ekonomiczno-Handlowy. Podczas niej zaprezentowaliśmy korzyści, które mogą płynąć z przyjęcia takiego rozwiązania, m. in. szybszy dostęp do leków dla pacjentów, nowe miejsca pracy, wyrównanie szans unijnych producentów generyków wobec konkurencji z państw trzecich. Łącznie odbyło się kilkanaście wydarzeń, kilkadziesiąt wizyt studyjnych. Zbudowaliśmy szeroką koalicję, w której znaleźli się europosłowie z różnych grup politycznych. Nasze Stałe Przedstawicielstwo uznało to za priorytet gospodarczy i włączyło się w organizację kolejnych wydarzeń.
Sam polski sektor by tego nie udźwignął. Jak wyglądało przeciąganie innych europejskich graczy na Waszą stronę?
Zbudowaliśmy koalicję w samym BusinessEurope, zrzeszającą federacje z przewagą producentów leków generycznych i biopodobnych. Dzięki temu udało się zneutralizować zapis, który byłby dla nas niekorzystny. Jednak gros pracy była po naszej stronie i naszego członka – PZPPF. Najważniejsze w tej batalii było ich przygotowanie merytoryczne i gotowość do przyjazdów do Brukseli tak często, jak było to potrzebne.
Czyli budowanie sojuszy nie zawsze idzie prosto. Mieliście momenty zawahania?
W pewnym momencie pojawiło się zagrożenie przełożeniem prac nad SPC MW na kolejną kadencję Parlamentu Europejskiego. Takie głosy dało się słyszeć również w organizacji europejskiej, której PZPPF jest członkiem. Jednak my wiedzieliśmy, że jeśli sprawa spadnie z agendy, przepadnie na lata. Poszliśmy wówczas własną ścieżką i zbudowaliśmy ponadpartyjny front polskich europosłów: od Elżbiety Łukacijewskiej, Tadeusza Zwiefki, Andrzeja Grzyba z EPL, po Kosmę Złotowskiego z EKR. Pracowaliśmy bezpośrednio z doradcami frakcji politycznych, urzędnikami komisji PE zaangażowanych w to dossier, Stałego Przedstawicielstwa RP oraz gabinetem ówczesnej komisarz Elżbiety Bieńkowskiej.
W lobbingu bardzo ważne jest też zaangażowanie firm – głos samych przedsiębiorców. Przedstawianie konkretów – jak dana legislacja wpływa na linie produkcyjne, miejsca pracy, konsumentów. My takie dane mieliśmy. Rozporządzenie weszło w życie w 2022 roku: wygraliśmy produkcję na eksport i możliwość magazynowania leków, aby móc wprowadzać je na rynek unijny w pierwszym dniu po wygaśnięciu ochrony.
Drugim głośnym sukcesem, o którym Lewiatan często przypomina, jest sprawa zakazu reklamy aptek, zakończona wyrokiem TSUE. Tyle że w tym przypadku musieliście zaskarżyć do Komisji Europejskiej własny kraj.
Tu współpracowaliśmy ze Związkiem Pracodawców Aptecznych PharmaNET. Polskie przepisy wprowadziły niespotykany nigdzie w Europie zakaz reklamy aptek, interpretowany tak absurdalnie, że wojewódzcy inspektorzy farmaceutyczni karali za wywieszenie informacji o dyżurze nocnym, obsłudze w języku litewskim, pomiarze ciśnienia czy honorowaniu Karty Dużej Rodziny. Przedsiębiorcy odbili się od ściany w Warszawie: ani rządy PO-PSL, ani później rządy Zjednoczonej Prawicy nie chciały tego zmienić. Złożenie oficjalnej skargi do DG GROW w Komisji Europejskiej było dla branży jedyną szansą na obronę.
Zaraz, przecież Komisja Europejska wcale się tak nie pali do otwierania procedur naruszeniowych przeciwko stolicom.
Bruksela unika takich sporów, jeśli nie ma żelaznych dowodów. Przez lata nasi prawnicy dostarczali urzędnikom w Komisji twardych analiz wykazujących, że polskie prawo łamie unijną zasadę swobody przedsiębiorczości i świadczenia usług. Prowadziliśmy równoległe działania: petycje w Parlamencie Europejskim, interpelacje poselskie kierowane do Komisji przez europosłów różnych opcji, nieustanny dialog z urzędnikami.
Co więc przeważyło?
Paradoksalnie pomogła pandemia. Pokazała czarno na białym, jak kluczową rolę w odciążaniu szpitali pełnią apteki: bardzo szybko uruchomiły punkty testowania na COVID-19 i szczepień. Zgodnie z literalnym brzmieniem polskiego prawa, poinformowanie pacjenta na witrynie: „u nas zrobisz test i zaszczepisz się przeciw COVID-19” mogło być traktowane jako nielegalna reklama podlegająca karom finansowym. To pomogło unaocznić, że ten zakaz jest nadmierny, zagraża bezpieczeństwu zdrowotnemu obywateli i hamuje możliwość rozwoju aptek. W 2025 roku TSUE wydał wyrok uznający polskie przepisy za niezgodne z prawem UE.
Porozmawiajmy o Waszych zasobach. Z unijnego Rejestru Przejrzystości wynika, że stały zespół Lewiatana w Brukseli to fizycznie dwie osoby. Czy przy budżecie do 500 tysięcy euro rocznie nie jesteście skazani wyłącznie na wybiórcze gaszenie pożarów?
W Warszawie współpracuje z nami zespół ekspertów. Wspierają nas również eksperci branżowi. Jeśli porównamy się z naszym regionem, jesteśmy bezapelacyjnym liderem: większość federacji z Europy Środkowo-Wschodniej ma w Brukseli po jednej osobie lub nie ma wcale stałej placówki. Ale jeśli spojrzymy na Zachód, to sytuacja wygląda inaczej. I np. federacja duńska zatrudnia w kraju 1200 osób, a w samym biurze w Brukseli ma około 20 etatów. O niemieckim Domu Biznesu nawet nie wspominam, bo to zupełnie inna skala.
Czy w relacji do bilionowej gospodarki Polski dwie osoby w Brukseli to nie jest za mało?
Jeśli zestawimy potencjał polskiej gospodarki z zasobami, jakimi dysponujemy w Brukseli, widać, że wciąż mamy przestrzeń do wzmocnienia naszej obecności. Mówię to także z perspektywy wielu lat pracy tutaj. Osiągamy bardzo dobre rezultaty dzięki doświadczeniu, relacjom i ogromnemu zaangażowaniu zespołu. Jednocześnie skala i tempo powstawania unijnych regulacji są dziś nieporównywalnie większe niż jeszcze kilka lat temu.
Zasiada Pani również w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym (EKES). Niedawno pisała Pani o pracach nad opinią dotyczącą uproszczeń dla MŚP. Zamienię się w krytyka: przecież opinie EKES są niewiążące i czasami słychać, że nikt w Komisji ich nie czyta. Co przedsiębiorcom realnie daje ta funkcja?
To błędne myślenie. Opinie EKES są formalnie podpinane pod unijne procesy legislacyjne. Jako członkini komitetu mam bezpośredni dostęp do unijnych komisarzy, którzy regularnie się z nami spotykają, oraz do sprawozdawców w Parlamencie Europejskim.
Kiedy przygotowujemy opinię punktującą, że unijne testy MŚP i zasada Think Small First stały się biurokratyczną fikcją, nie chowamy jej do szuflady. Przekazujemy takie dokumenty europosłom zaangażowanym w takie dossier, czy Stałemu Przedstawicielstwu RP. Członkowie EKESu reprezentują zorganizowane społeczeństwo obywatelskie: pracodawców, pracobiorców i organizacje pozarządowe. Często dysponujemy ekspertyzą, której nie mają ani unijni politycy, ani urzędnicy.
Czego więc najbardziej brakuje polskiemu środowisku w Brukseli?
Brakuje państwowego „koordynatora”. Dziś te kontakty są rozproszone i zależą od prywatnych inicjatyw różnych polskich stowarzyszeń. To powinno być ulepszone, na wzór np. niemiecki.
Współpraca w europosłami też wygląda różnie – z częścią jest świetna – są otwarci na nasze argumenty chociaż oczywiście nie zawsze mogą je przyjąć. Niestety, część parlamentarzystów jest całkowicie zamknięta na dialog z biznesem. Przenoszą to z polskiej polityki, bojąc się, że samo spotkanie z przedstawicielem pracodawców czy firm zostanie uznane za podejrzany lobbing. Tracimy przez to cenny potencjał.
Czym zatem, po 25 latach doświadczeń, jest skuteczny lobbing w Brukseli?
To profesjonalna dyplomacja gospodarcza. Unijni urzędnicy i posłowie nie tworzą prawa w próżni: oni naprawdę potrzebują twardych danych i wiedzy z rynku, aby prawo było możliwe do zrealizowania i sprzyjało konkurencyjności. Skuteczny lobbing polega na dostarczeniu im wiarygodnych analiz opartych na faktach, reprezentujących cały sektor. Wygrywa ten, kto rozumie jak ten proces wygląda, pojawi się przy stole negocjacyjnym na długo przed tym, zanim projekt ustawy trafi na pierwsze strony gazet oraz ma dobre argumenty, wokół których potrafi zbudować koalicję, najlepiej międzynarodową.
„Przebijanie brukselskiej bańki” to nowa seria wywiadów o mechanizmach wpływu w Brukseli. Poprzednią rozmowę o tym, jak temat wody staje się w Polsce wyzwaniem na miarę transformacji energetycznej i jak w jej temacie lobbuje Federacja Przedsiębiorców Polskich znajdziesz tutaj.