Tomasz Szatkowski, były polski ambasador przy NATO w rozmowie z Euronews podkreśla, że Polska musi przyjąć amerykańskich żołnierzy pod wycofaniu ich z Niemiec i nie rozumie postawy premiera Tuska. Według niego najważniejsze to to, by po wycofaniu z Niemiec Amerykanie dalej zostali w Europie.
Decyzja prezydenta Donalda Trumpa o wycofaniu 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec zaskoczyła większość krajów członkowskich NATO i wzbudziła duże kontrowersje. Pomimo, że Trump już podczas swojej pierwszej kadencji, a jeszcze bardziej podczas ostatniej wielokrotnie krytykował Niemcy - choćby za zbyt małe, jego zdaniem, zaangażowanie także finansowe w NATO. Były ambasador przy NATO, a także wcześniej były wiceminister obrony narodowej, (obecnie sekretarz generalny EKR w Parlamencie Europejskim), Tomasz Szatkowski w rozmowie z Euronews przyznaje, że forma komunikacji ze strony Amerykanów nie była najlepsza.
USA wycofuje żołnierzy z Niemiec. Hiszpania kolejna?
- "Informowanie sojuszników o swoich decyzjach z wyprzedzeniem nie jest obowiązkiem, to bardziej dobry zwyczaj respektowany przez większość krajów. Ale jeśli chodzi o Amerykanów, to oni najczęściej tuż przed jakąś decyzją informują o niej pro forma sojuszników. Oni nie ukrywają, że są tym krajem, który ma największy wpływ na decyzje sojusznicze" - mówi.
Niemcy mogą nie być ostatnim europejskim krajem, z którego Amerykanie chcą się wycofać militarnie. Pojawiły się już informacje medialne, że na celowniku Waszyngtonu są inne kraje m.in. Hiszpania, ale także Włochy. Jaką logiką kieruje się w tym procesie decyzyjnym Biały Dom? Według byłego ambasadora dwa elementy są brane pod uwagę: gotowość do zwiększania wydatków na NATO i chęć wywiązywania się z zobowiązań sojuszniczych oraz rodzaj lojalności w stosunku do USA.
Jeśli chodzi o Hiszpanię to, jak przypomina Szatkowski, nie pomagają wypowiedzi i decyzje samego premiera tego kraju, Pedro Sancheza. - "Podczas poprzedniego szczytu NATO w Hadze premier Hiszpanii wprost mówił, że nie chce uczestniczyć w zobowiązaniach do zwiększania wydatków na obronę i bezpieczeństwo. Takie deklaracje z jednej strony wynikają pewnie z typowej socjalistycznej polityki, która jest niechętna wzrostowi wydatków na wojsko, a z drugiej strony z takiego tradycyjnego antyamerykanizmu hiszpańskiej lewicy. I premier Sanchez zabiega w tym momencie bardziej o poparcie swojego środowiska politycznego czyli gra na użytek polityki wewnętrznej, niż myśli o relacjach między Hiszpanią a USA" - mówi dyplomata i dodaje, że jest jeszcze jeden bardzo istotny element, czyli otwarta krytyka ze strony Madrytu amerykańsko-izraelskiej operacji w Iranie i wręcz poparcie dla Teheranu w tej kwestii. To nie wszystko. Nie wolno zapominać o wizycie Sancheza w Chinach czyli głównym gospodarczym rywalu USA. - "Sanchez wskazywał później technologie chińskie jako alternatywę dla amerykańskich, nic dziwnego, że Amerykanie mogli to odbierać jako niemal prowokację" - mówi Tomasz Szatkowski.
Co z Europą?
Najważniejszym pytaniem jest czy Amerykanie wycofają się także z innych krajów europejskich czy też będzie to raczej przemieszczenie z jego państwa do drugiego.
- "Niestety istnieje takie ryzyko, bo jest takie lobby w Waszyngtonie, które jest tym zainteresowane, z różnych przyczyn. Są też politycy amerykańscy uważający, że trzeba ukarać Europę" - przyznaje Szatkowski i rozwija wątek: - "Inni z kolei twierdzą, że powinny pójść w większym stopniu inwestycje na Daleki Wschód, bo to związane bezpośrednio z zagrożeniem chińskim. Pamiętajmy jednak, i ta świadomość istnieje też w Waszyngtonie, że wojska amerykańskie w Europie służą nie tylko europejskiemu teatrowi działania, ale służą pracy na Bliskim Wschodzie, służą szkoleniu całych sił amerykańskich zatem ich obecność w Europie jest po prostu w dobrze rozumianym interesie amerykańskim.
Co z Polską?
Po informacji o wycofaniu sił amerykańskich z Niemiec pojawiły się spekulacje, że ci żołnierze mogą zostać przeniesieni do Polski. Przypomnijmy, że obecnie na terytorium Polski stacjonuje około 11 tysięcy żołnierzy amerykańskich zatem gdyby ci z Niemiec do nich dołączyli to aż 16 tys. Amerykanów byłoby w Polsce. Pojawiło się też wiele komentarzy politycznych spośród których największe kontrowersje wzbudził ten autorstwa premiera Donalda Tuska. Polski premier stwierdził, że nie chciałby by decyzja o przeniesieniu wojsk amerykańskich do Polski zapadła kosztem Niemiec. Zupełnie inaczej zareagował kilka dni później minister spraw zagranicznych. Radosław Sikorski stwierdził, że Amerykanie będą w Polsce mile widziani.
- "Są dwa scenariusze: albo ci żołnierze amerykańscy z Niemiec wrócą do USA i nigdy więcej ich już nie zobaczymy albo zostaną w Europie i w jakiś sposób będą zagospodarowani w innym miejscu, co byłoby bardzo użyteczne. Polska jawi się jako oczywiste miejsce" - mówi Tomasz Szatkowski. - "Amerykańskie wojska w Niemczech mają swoje znaczenie wojskowe, mają jeszcze większe znaczenie polityczne i historyczne. I z naszej perspektywy powinna pozostać amerykańska obecność wojskowa w Niemczech, to jasne. Ale gdy dokonuje się już ta redukcja, to powinniśmy silnie zabiegać, żeby te wojska były przemieszczone do Polski. To jest w w naszym interesie. I Polska powinna wysłać jasny sygnał w tej sprawie".
Dodaje, że wypowiedzi premiera Tuska brzmią dziwnie. Można byłoby to jeszcze jakoś zrozumieć gdyby padły zanim Amerykanie podjęli decyzję, ale w tym momencie można je odebrać tylko jako motywowane wewnętrzną walką polityczną chęć uderzenie w relacje polsko-amerykańskie. - "Pan Tusk chcąc zaatakować obóz prawicowy, który ma dobre relacje z USA uderza w Waszyngton czyli tym samym podważa dobre stosunki z Ameryką. To niebezpieczne" - mówi.
Co na to NATO
W kontekście wątpliwości związanych z amerykańską obecnością wojskową w Europie pojawia się naturalne pytanie jak to wszystko wpływa na kondycję NATO. To przecież kolejny spór wewnątrz Sojuszu. I jednocześnie kolejne wyzwanie dla sekretarza generalnego. Mark Rutte musi być mediatorem.
- To ciekawa sytuacja bo faktycznie rozdźwięki między Waszyngtonem a europejskimi stolicami czynią jego rolę znacznie trudniejszą. Ale z drugiej strony paradoksalnie on może czerpać siłę z tych kryzysów - zauważa polski dyplomata. - Rutte cieszy się pewną sympatią i uznaniem prezydenta Trumpa, udało mu się to osiągnąć dużo wcześniej, i wykorzystuje to do rozwiązywania transatlantyckich konfliktów. Jeśli dalej będzie mu się udawać, to jego pozycja jeszcze bardziej się wzmocni.
Poważniejszym problemem jest to, że obecna administracja amerykańska nie ma zaufania do organizacji międzynarodowych - nie tylko Unii Europejskiej czy ONZ, ale częściowo nawet także NATO - i zamiast relacji multilateralnych woli rozwijać te bilateralne. Administracja Bidena stawiała mocno na rozwój formatu tzw. Indo-Pacific 4 (Korea Południowa, Japonia, Australia i Nowa Zelandia), ta Trumpa początkowo odeszła od tego formatu, ale według Tomasza Szatkowskiego są szanse na to, że format wróci i tu przydatne będą też kraje europejskie.
Wiele może się wyjaśnić podczas lipcowego szczytu NATO w Ankarze. Niewykluczone, że po tym szczycie zapadnie też decyzja, by powrócić do wcześniejszej decyzji organizowania szczytów co dwa lata, nie co rok. Wpisywałoby się to także w politykę oszczędności realizowaną przez USA.