Wraz ze wzrostem skali na zamówienia z Warszawy, polska zbrojeniówka weszła do brukselskiej gry o unijne miliardy. Przedstawiciele PGZ zdradzają kulisy starć o programy SAFE i EDIP. Czy polski przemysł potrafi narzucić własną narrację tak skutecznie jak Paryż i Berlin?
O lobbingu w cieniu wojny, sporze o zasadę Buy European i wywalczeniu miliardów z mechanizmu SAFE rozmawiamy z Markiem Kalbarczykiem i Robertem Golańskim z brukselskiego biura Polskiej Grupy Zbrojeniowej.
Jakub Janas: Od zeszłego roku Polska Grupa Zbrojeniowa ma stałe biuro w Brukseli. Co z tego, że tu jesteście, ma pracownik zbrojeniówki w Radomiu, Skarżysku-Kamiennej czy Stalowej Woli?
Marek Kalbarczyk: Przede wszystkim zapewniamy Polsce i PGZ bezpośrednią obecność tam, gdzie powstają najważniejsze inicjatywy dotyczące europejskiej obronności.
Będąc tutaj, widzimy w jednym miejscu, jak małe i duże podmioty z innych państw podchodzą do biznesu, jakie wprowadzają innowacje, jak robią lobbing i jak koordynują działania ze swoimi rządami. To pozwala wyjść poza wąską perspektywę polską czy samego PGZ i zobaczyć, jak robią to inni.
Robert Golański: Pierwotne zaangażowanie polegające na tym, że ktoś tylko dojeżdżał z Warszawy, z kimś się spotkał i wracał, było niewystarczające. W instytucjach europejskich dzieją się rzeczy wymagające natychmiastowej reakcji. Tego nie da się załatwić wyłącznie online, trzeba być na miejscu i reagować, często ad hoc na bieżąco.
Tylko że w unijnym rejestrze przejrzystości widnieją jeszcze stare dane z 2024 roku, ze skromnymi kwotami na waszą działalność. Ciężko z tym konkurować z francuskim Thalesem, hiszpańską Indrą czy włoskim Leonardo.
MK: Rejestr wymaga aktualizacji po utworzeniu stałego przedstawicielstwa. Jeśli podliczymy koszty osobowe, wynajem powierzchni biurowej oraz składki członkowskie w europejskich stowarzyszeniach, takich jak ASD, nasz roczny budżet wynosi obecnie około 400 tysięcy euro. Pod względem obsady i metrażu jesteśmy porównywalni z podmiotami takimi jak hiszpańska Indra czy niemiecki Hensoldt, choć koncerny takie jak Thales dysponują oczywiście znacznie większym aparatem. Prawdziwa różnica leży w czasie: zachodni konkurenci otworzyli swoje stałe biura w Brukseli w latach 2016-2017, gdy pierwsze unijne programy obronne opiewały na zaledwie 90 milionów euro. To były dosłownie drobne w porównaniu z dzisiejszymi kwotami, ale oni już wtedy wiedzieli, że tu zajdzie efekt kuli śnieżnej. My weszliśmy na stałe dopiero w 2025 roku.
Czy z faktu, że PGZ należy w stu procentach do Skarbu Państwa, wynika, że macie łatwiejsze wejście do unijnych gabinetów?
MK: W unijnej nomenklaturze prawnej jesteśmy traktowani wyłącznie jako operator ekonomiczny. Dla Komisji Europejskiej struktura właścicielska nie ma żadnego znaczenia. PGZ podlega dokładnie tym samym procedurom i rygorom co prywatne firmy zbrojeniowe, jak choćby polski WB Electronics czy zagraniczne koncerny. Nie mamy żadnej taryfy ulgowej.
Fakt, że naszym właścicielem jest Ministerstwo Aktywów Państwowych, ułatwia nam dialog w Warszawie, ale w Brukseli jesteśmy po prostu kolejnym podmiotem rynkowym. Dobrze pokazało to niedawne spotkanie kierownictwa ASD, czyli stowarzyszenia przemysłu lotniczego, kosmicznego i obronnego, z ministrem obrony Ukrainy: aby zachować pełną transparentność i nie faworyzować żadnego koncernu, minister rozmawiał wyłącznie ze stowarzyszeniami branżowymi, a nie z pojedynczymi spółkami, niezależnie od tego, czy był to PGZ, Leonardo czy Thales.
Mówi Pan o podpatrywaniu innych. Kto w Brukseli uprawia lobbing zbrojeniowy najskuteczniej?
MK: Za wzór koordynacji, strategicznego podejścia i skutecznego lobbingu stawiam Francję. Tam całe państwo działa w sposób hierarchiczny. Decyzje strategiczne zapadają na najwyższym szczeblu politycznym, a następnie są bezwzględnie implementowane przez wszystkich francuskich przedstawicieli, bez względu na to, czy mówimy o dyplomatach, urzędnikach rządowych czy dyrektorach firm.
Dobry przykład widzieliśmy podczas ubiegłorocznej konferencji European Defence and Security Conference.
Francja mocno lobbowała wtedy za tym, aby w przepisach unijnych, głównie w programie EDIP (Europejskim Programie Przemysłu Obronnego o wartości 1,5 mld euro), znalazł się zapis dotyczący design authority, czyli kontroli nad prawami do wprowadzania zmian w wytwarzanym produkcie. Nieważne, kto występował i na jakim szczeblu: jeśli to był Francuz, w każdej wypowiedzi pojawiało się to sformułowanie. Tłumaczyli to zarówno z perspektywy rządowej, jak i przemysłowej. To pokazuje, jak kraj potrafi skutecznie i w skoordynowany sposób realizować swoje cele wobec programów unijnych.
Podobną jednomyślność jak Francuzi potrafimy pokazać przy obronie polskich interesów?
MK: Nasz model opiera się na stałej współpracy ze Stałym Przedstawicielstwem RP przy UE, z polskimi europosłami oraz ze stroną rządową. Przykładem skutecznej koordynacji były negocjacje mechanizmu SAFE. Gdyby nie rozszerzenie tego programu o zdolności lądowe, zakłady takie jak Huta Stalowa Wola, Jelcz czy Rosomak nie miałyby tych zamówień lub miałyby je w znacznie bardziej okrojonej wersji.
RG: SAFE było rozporządzeniem Rady przyjmowanym bardzo szybko, z pominięciem Parlamentu Europejskiego, co zmniejszało możliwość wpływu dla strony przemysłowej. Pierwotny projekt całkowicie pomijał wojska lądowe, czyli domenę kluczową z perspektywy interesów grupy.
MK: Dyplomaci ze Stałego Przedstawicielstwa natychmiast zwrócili się do nas z pytaniem, czy proponowane przez Brukselę ramy pokrywają nasze portfolio. Zidentyfikowaliśmy brak systemów lądowych jako zagrożenie dla polskiego biznesu obronnego. Zadziałaliśmy dwutorowo: polscy dyplomaci walczyli o poprawki na poziomie Rady, a my jako PGZ użyliśmy europejskiego stowarzyszenia ASD, by przekonać Komisję.
W efekcie PGZ stał się największym beneficjentem programu SAFE w Polsce. Z puli 43,7 miliarda euro przyznanej Polsce mamy dziś podpisane kontrakty na poziomie 27 miliardów euro, włączając w to wspólne zakupy na Pioruna.
Jednocześnie miliardy z SAFE to instrument pożyczkowy na zakupy dla własnej armii. Czy za unijnymi pieniędzmi idzie zainteresowanie polskim sprzętem ze strony zagranicznych partnerów?
MK: Przełamujemy ten schemat. Przykładem jest Piorun, na który podpisaliśmy umowę ramową: w ramach wspólnych zakupów obok Polski biorą w nich udział także Norwegia, Litwa i Łotwa. SAFE wymusił szersze spojrzenie: z firmy skoncentrowanej wyłącznie na potrzebach polskiego MON stajemy się eksporterem budującym ofensywną ofertę rządowo-przemysłową.
Kluczem jest koordynacja. Wcześniej był z tym problem, ale sytuacja zmieniła się wraz z działaniami wiceminister Magdaleny Sobkowiak w Ministerstwie Obrony Narodowej. W mechanizmie SAFE warunkiem jest common procurement, czyli zakupy realizowane wspólnie przez kilka państw; Polska nie może występować sama. Wiceminister Sobkowiak, planując rozmowy z zagranicznymi partnerami, zabiera ze sobą przedstawicieli całego polskiego sektora obronnego, zarówno PGZ, jak i znaczące delegacje firm prywatnych.
W debacie o programie EDIP zderzyliście się jednak bezpośrednio z lobbowaną przez Francuzów koncepcją „Buy European”. Paryż chciał, aby unijne pieniądze szły na sprzęt produkowany w jak największym stopniu w Europie.
RG: Nikt nie kwestionuje samej idei wspierania europejskiego przemysłu, ale nie warto iść drogą gospodarczej autarkii, bo skoro będziemy zamknięci na innych, to inni będą zamknięci na nas. Europa funkcjonuje w globalnych łańcuchach dostaw, a Unia zawiera pakty obronne z partnerami zewnętrznymi, takimi jak Kanada czy Wielka Brytania.
MK: Francuzi chcieli podnieść próg europejskich komponentów nawet do 80 czy 100 procent. Dla polskiego przemysłu oznaczałoby to paraliż. Nasze flagowe programy, takie jak Borsuk, Krab czy system Narew, bazują na kooperacji z zaufanymi partnerami z Wielkiej Brytanii. Przeprojektowanie tych systemów i wymiana poddostawców zajęłaby lata, a my nie mamy czasu.
Gdy wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, wojsko przekalkulowało zapotrzebowanie. Mówiąc wprost: zamiast 10 tysięcy sztuk amunicji rocznie potrzebowaliśmy od 2023 roku 60 tysięcy tygodniowo. Będąc krajem frontowym, musimy łączyć europejską solidarność z twardym realizmem czasu dostaw. Ostatecznie w tekście rozporządzenia EDIP obroniliśmy polskie interesy na dwóch polach: obniżyliśmy obowiązkowy udział komponentów unijnych do 65 procent wobec 80 procent forsowanych przez Paryż, co dopuszcza do 35 procent części spoza UE. Równocześnie wywalczyliśmy wyłączenie amunicji oraz rakiet z wymogu posiadania design authority na początkowym etapie programu, chociaż oczywiście jest to naszym średnio- czy też, w mniej optymistycznym wariancie, długoterminowym celem.
W Parlamencie Europejskim francuscy i niemieccy europosłowie działają jak taran dla swoich fabryk. Czy polska delegacja w Brukseli potrafi odłożyć na bok spory partyjne, gdy ważą się losy zbrojeniówki?
RG: W kwestiach bezpieczeństwa polska delegacja potrafi mówić jednym głosem, zupełnie inaczej niż w sporach krajowych. Ściśle współpracowaliśmy ze sprawozdawczynią komisji IMCO, poseł Kamilą Gasiuk-Pihowicz (KO/EPL), która była niezwykle otwarta na nasze postulaty i regularnie konsultowała zapisy rozporządzeń z naszym biurem. Z drugiej strony wspieraliśmy merytorycznie posła Michała Dworczyka (PiS/EKR) w sprawach związanych z uproszczeniami dla przemysłu w Defence Omnibus. Nie patrzymy na barwy polityczne, bo tutaj wszyscy to biało-czerwona drużyna.
MK: Musimy jednak uczciwie przyznać, że po stronie parlamentarnej wciąż brakuje nam siły wpływów na miarę Francuzów czy Niemców. Skala oddziaływania ich posłów, głównych sprawozdawców w obszarze obronności pozwala im momentami przerażająco skutecznie pilnować narodowych interesów swoich koncernów. My dopiero budujemy tę pozycję.
Rok temu z unijnego programu produkcji amunicji ASAP polski przemysł otrzymał zaledwie 2 miliony euro dla Dezametu z puli pół miliarda. Z czego wynikała ta porażka?
MK: Nie nazwałbym tego porażką, bo na nieliczne złożone wnioski jeden uzyskał finansowanie, ale ten przypadek obnażył specyfikę polskiego rynku. Po wybuchu wojny MON zmienił przepisy o zamówieniach publicznych, by jak najszybciej kupować najpotrzebniejszy sprzęt. Dla zarządu fabryki kontrakt z kraju to żywy, prosty pieniądz, który natychmiast przekłada się na produkcję i szybki zwrot z inwestycji.
Zupełnie inaczej wygląda to w programach unijnych, zwłaszcza badawczo-rozwojowych, takich jak Europejski Fundusz Obronny (EDF). Tam nie ma natychmiastowego zysku ze sprzedaży gotowego wyrobu. Żeby wejść w taki projekt, trzeba wyznaczyć ludzi, opłacić zewnętrznych konsultantów i zbudować międzynarodowe konsorcjum, które liczy średnio około 20 podmiotów. Finansowy zysk dla pojedynczej spółki to w takim układzie zaledwie 0.5 do 5 milionów euro. Każdy zarząd, zestawiając to z miliardami leżącymi na rynku krajowym, wybierał biznes narodowy. Dopiero wejście programu SAFE i nacisk na wspólne zakupy otworzyły nam oczy, że projektów międzynarodowych nie wolno już ignorować, bo zmienia się, całkowicie pole gry. Schylenie się dziś po te kilka milionów euro to jedyna szansa, żeby w następnym rozdaniu walczyć o ich kilkaset.
PGZ nie ma jeszcze globalnej rozpoznawalności Thalesa czy Leonardo. Jak przebijacie się do gabinetów komisarzy?
MK: Budujemy pozycję wielotorowo. Z jednej strony zwiększamy obecność PGZ w najważniejszych europejskich forach przemysłowych i eksperckich, gdzie kształtowane są kierunki rozwoju sektora obronnego oraz przyszłe instrumenty finansowania. Z drugiej strony aktywnie uczestniczymy w dialogu z Komisją Europejską, Europejską Agencją Obrony, stowarzyszeniami branżowymi oraz przemysłem z innych państw członkowskich. Oznacza to obecność zarówno w debacie strategicznej dotyczącej bezpieczeństwa Europy, jak i w rozmowach na temat konkretnych regulacji, programów oraz projektów przemysłowych. Coraz częściej reprezentujemy nie tylko interesy PGZ, ale również szerszą perspektywę przemysłu obronnego Europy Środkowo-Wschodniej. Bruksela zaczyna dostrzegać, że budowa europejskich zdolności obronnych nie może opierać się wyłącznie na doświadczeniach największych koncernów zachodnioeuropejskich, dlatego głos naszego regionu jest dziś słyszalny znacznie mocniej niż jeszcze kilka lat temu.
Drugi filar to obecność na miejscu poprzez polskie platformy biznesowe. Byliśmy partnerem strategicznym brukselskiego biura Business & Science Poland (BSP) podczas szczytu Competitiveness & Security Business Summit. Współorganizowaliśmy też z europosłem Michałem Szczerbą debatę w Parlamencie Europejskim poświęconą mobilności wojskowej (military mobility), prezentując nasze portfolio bezpośrednio unijnym decydentom.
Jak właściwie definiujecie swoją rolę w Brukseli? Piotr Gałązka ze Związku Banków Polskich nazywa lobbing sprzeciwem wobec subiektywizmu unijnych urzędników, z kolei Jarosław Dąbrowski z BGK woli mówić o dyplomacji gospodarczej. Czym lobbing jest dla zbrojeniówki?
RG: Przede wszystkim pokazywaniem specyfiki naszego regionu. Kwestie obronności i sytuacja przemysłu w naszej części Europy odbiegają od tego, jak postrzega to Zachód. Przebicie się z tą odmienną perspektywą jest kluczowe, zwłaszcza że reprezentacja Europy Środkowo-Wschodniej wciąż jest nieliczna względem tego, jaką chorągiew wystawia jądro Europy.
MK: Dla mnie to przede wszystkim łamanie stereotypów, zarówno po naszej stronie, jak i zachodniej. Przykładem skuteczności PGZ jest choćby kwestia funduszy spójności.
Kraje zachodnie nie mają tak dużych środków w polityce spójności, bo czerpią zyski bezpośrednio z programów zarządzanych centralnie przez Komisję Europejską. Z kolei dla Polski to pokaźna suma. Widząc, że polskie podmioty wyciągały relatywnie niewiele z programów centralnych, wyszliśmy z narracją: zbalansujmy te dwa aspekty i wykorzystajmy środki z polityki spójności na budowanie zdolności obronnych.
To się udało: zostało wprowadzone i zaklepane w ramach unijnego pakietu Omnibus. W efekcie niewykorzystane środki z polskiego KPO zasilają dziś Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności.
„Przebijanie brukselskiej bańki” to nowa seria wywiadów o mechanizmach wpływu w Brukseli. Poprzednią rozmowę o tym, jak temat wody staje się w Polsce wyzwaniem na miarę transformacji energetycznej i jak w jej temacie lobbuje Federacja Przedsiębiorców Polskich znajdziesz tutaj.