W Strasburgu wybrzmiało orędzie o stanie Unii Europejskiej. Za politycznymi hasłami kryje się jednak narastający marazm przemysłu i głębokie pęknięcie między Wschodem a Zachodem. Czy zjednoczona Europa potrafi jeszcze mówić jednym głosem, nim rachunek za brak reform zapłacą wszyscy?
O optymizmie Europy Środkowo-Wschodniej, marazmie Zachodu i walce o rozwój europejskiego przemysłu rozmawiamy z Maciejem Wituckim - pierwszym Polakiem wybranym na prezydenta BusinessEurope, największej organizacji reprezentującej europejski biznes.
Jakub Janas: W swoim orędziu Ursula von der Leyen skupiła się na pięciu sprawach: stowarzyszeniu Kanady, obronie przed atakami hybrydowymi, skutkach klimatycznego lata, ochronie dzieci w sieci i kryzysie migracyjnym po wydarzeniach w Ceucie. Czy europejski biznes usłyszał w tym wystąpieniu to, na co realnie czekał?
Maciej Witucki: Przewodnicząca von der Leyen robi wszystko, co jest możliwe na jej poziomie. To zabrzmi bardzo wprost, ale na swoim odcinku robi bardzo dużo, tyle że sama tego nie udźwignie. Spójrzmy na raporty Letty i Draghiego sprzed dwóch lat, które miały być dla UE mapą drogową. Dzisiaj powołujemy grupy badające ich dorobek, a żyjemy w świecie, gdzie po dwóch latach dokument nadaje się do archiwum; z samego raportu Draghiego zrealizowano niespełna dwadzieścia procent. Tymczasem badania zeszłorocznej duńskiej prezydencji pokazują, że w unijnym procesie legislacyjnym są już nowe obciążenia dla firm, dwa razy większe niż jakiekolwiek ułatwienia z pakietów Omnibus. Wychodzi na to, że diagnozę mamy dobrą, ale konkretne działania grzęzną w unijnej machinie.
Komisja Europejska kładzie na stole projekt, a potem utyka on w Parlamencie Europejskim i w europejskich stolicach?
Dokładnie tak. Projekty są zatrzymywane przez tempo prac, ale przede wszystkim przez debaty parlamentarne, które z dobrych pomysłów potrafią zrobić “Frankensteiny legislacyjne”. Nasz ulubiony przykład to dyrektywa Equal Pay Directive, czyli o równości płac. Świetna idea równej płacy dla kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach zamieniła się w zapis, że trzeba płacić po równo każdemu, bez względu na zaangażowanie czy efekty pracy. Zrobiono legislacyjnego potworka, a potem państwa członkowskie dokładają jeszcze własny gold-plating, czyli dopisują do unijnego prawa kolejne, jeszcze bardziej restrykcyjne wymogi. Dlatego musimy spędzać znacznie więcej czasu z europosłami w Brukseli. To mój osobisty cel.
Zamiast reformowania jednolitego rynku von der Leyen proponuje stowarzyszone członkostwo dla Kanady. To szansa na nowy rynek czy polityczny teatr?
Z Kanadą mamy wypracowane bardzo dobre relacje i działający układ o wolnym handlu. Gdybyśmy przeszli z tymczasowo stosowanej umowy na stałe zatwierdzenie, to byłby konkretny sukces dający stabilny dostęp do surowców i rynku. Zamiast tego żyjemy w permanentnej debacie wyborczej. Pojawiają się nośne hasła: przyjmijmy Kanadę jako członka stowarzyszonego, idźmy na zwarcie z Chinami, przestańmy być przyjaciółmi Ameryki. Nie wdrożyliśmy zaleceń Draghiego, a rzucamy slogany. Stany Zjednoczone i Chiny to potężne rynki dla europejskich firm. Biznes nie potrzebuje haseł o pójściu na wojnę handlową ani spektakularnych deklaracji na pokaz.
Czyli raport Draghiego leży w szufladach, a europejski kapitał wciąż ucieka na Wall Street zamiast inwestować w Europie?
Odpowiem prowokacyjnie: może w Europie jest jeszcze za mało źle? Biznes doskonale wie, że wspólny rynek to jedyne rozwiązanie i tu nikt nie ma wątpliwości, nie ma żadnego planu B. Weźmy fuzję Commerzbanku i UniCredit. To zajęło dziesiątki lat i ta transakcja wcale nie wydarza się w duchu zaleceń Draghiego czy Letty. Ona wydarza się dzięki uporowi managementu. Biznes wie, jak jest źle, ale ten głos wciąż za słabo przebija się do polityków, którym wciąż wystarczają tylko hasłowe operacje.
Spójrzmy na Europę z perspektywy Warszawy. Może Polska żyje dziś w bańce złotego wieku i nie rozumie problemów Zachodu?
Określenie Nowa Europa to dzisiaj powód do dumy, bo to młoda Europa, która wyraźnie widzi zyski z członkostwa, jak nową infrastrukturę czy swobodę przemieszczania się. Polska rośnie nie tylko dzięki unijnym funduszom, ale dzięki niezwykłej przedsiębiorczości ludzi. Po upadku komunizmu mieliśmy ponad trzydzieści lat nieprzerwanego wzrostu proeuropejskiego kapitalizmu, bez głębokich kryzysów rynkowych. Pracując lata temu w spółce giełdowej, w Nowym Jorku usłyszałem o teorii windy. Kiedy inwestor na Wall Street widzi w telewizorze smutnego komentatora i czerwone strzałki w dół, jedzie na piętro i sprzedaje akcje. Kiedy widzi uśmiechniętą twarz i zielone strzałki w górę, wchodzi do biura i kupuje. Polska jest krajem zielonych strzałek. Mamy w sobie optymizm, którego Zachód nie ma.
Cieszymy się z prawie czteroprocentowego wzrostu gospodarczego, zapominając, że naszym głównym partnerem handlowym są Niemcy ze wzrostem poniżej 1%.
Polska miała gigantyczne szczęście. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu sam przeżywałem, że wielkie fabryki samochodów uciekały nam na Słowację lub do Czech. Dzisiaj to okazało się błogosławieństwem. Nie mamy setek tysięcy ludzi w montowniach koncernów, które dziś przegrywają z autami elektrycznymi z Chin. W Czechach fabryki są zamykane, u nas tego nie ma. Jesteśmy ulokowani niżej w łańcuchach dostaw: produkujemy podzespoły, fotele, poduszki. To daje elastyczność. Polskie zakłady mogą szybko przestawić linie z produkcji części samochodowych na komponenty do dronów, czołgów czy satelitów. Ponieważ produkujemy podzespoły dla klientów w UE, globalne wstrząsy docierają do nas z opóźnieniem.
Z perspektywy Warszawy marazm niemieckiego przemysłu wydaje się odległy, ale u naszego zachodniego sąsiada ważą się losy setek tysięcy pracowników.
W Polsce mało mówi się o dwustu tysięcy zwolnień w wiodących markach motoryzacyjnych w Niemczech z powodu chińskiej ekspansji. Nie widzimy dramatu Wolfsburga, gdzie na stole leży zamykanie fabryk i redukcje uderzające w dziesiątki tysięcy pracowników jednego koncernu.
Niemcy, Francuzi, Włosi czy Szwedzi dostają bezpośrednio w kość wycofaniem się z Rosji, odcięciem od taniego gazu, konkurencją z Azji i napięciami celnymi z Ameryką. Nasza gospodarka nie była bezpośrednio wystawiona na te ciosy. Kiedy odejmie się usługi doradcze i technologiczne, nasz bezpośredni handel z USA nie jest potężny. Naszym klientem pozostaje zachodnia Europa, która nawet w kryzysie potrzebuje polskich dostawców. Nam jest łatwiej, a tam narasta strach.
Z Warszawy ciężej jednak zrozumieć uwikłanie Niemiec czy Włoch w ich wieloletnie interesy z Moskwą.
Byłem dumny z reakcji BusinessEurope na pełnoskalową rosyjską agresję na Ukrainę w 2022 roku. Wszystkie federacje, w tym te z państw potężnie tracących na sankcjach, zareagowały błyskawicznie. Oczywiście w Niemczech czy we Francji były setki lat historycznego romantyzmu wobec Rosji, a dzisiejsze AfD wciąż odwołuje się do przyjaźni króla Prus z carem. Tyle że te kraje w 2022 roku traciły realne, gigantyczne pieniądze. Włosi z dnia na dzień musieli przestawiać dostawy gazu z Rosji na Afrykę. Zanim zaczniemy rzucać kamieniem w Berlin czy Paryż, pamiętajmy, że nam było znacznie łatwiej protestować, bo nie ryzykowaliśmy aż takich kwot. A i tak kilka polskich firm, których nazw z litości nie wymienię, jeszcze długo po wybuchu wojny można było znaleźć na rosyjskim rynku.
Skoro zachodni model wzrostu się zaciął, to jak tamtejsze społeczeństwa chcą wyciągnąć gospodarkę z marazmu?
Byłem niedawno na debacie siedmiu kandydatów na prezydenta Francji. Wszyscy, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, mówili wyłącznie o państwie: jak państwo pomoże i sypnie groszem. W Polsce mamy zupełnie inny odruch. Polacy wciąż zachowali gen samodzielności i nie czekają z założonymi rękami na zasiłki. Pokazuje to chociażby opublikowany w zeszłym tygodniu w „Rzeczpospolitej” sondaż dotyczący dziury w budżecie: aż czterdzieści procent Polaków uważa, że rząd powinien ograniczyć wydatki socjalne państwa, a zaledwie niespełna dwadzieścia procent wskazuje na podnoszenie podatków. Proszę znaleźć drugi kraj w Europie Zachodniej, w którym społeczeństwo domaga się cięcia transferów.
Spójrzmy jednak na ten problem z pozycji Europy: nie ma żadnego planu B wobec jednolitego rynku. Nikt rozsądny nie wierzy w opowieści, że wybudujemy mury wokół granic i będziemy żyli, jedząc wyłącznie niemieckie wursty, francuskie bagietki czy polskie oscypki. Stara Europa w pewnym momencie uwierzyła, że poradzi sobie sama. Teraz wreszcie następuje otrzeźwienie. Ani francuskie ładunki jądrowe, ani potęga niemieckiej gospodarki, stojąc osobno, nie oprą się potędze USA, Chin czy Indii. Paradoksalnie Władimir Putin i Donald Trump w pozytywny sposób obudzili Europę. Presja z zewnątrz uświadomiła wszystkim, że sami nie damy rady.
Jeśli europejski biznes potrzebuje większej globalnej ekspansji, to jak rozumieć ostatnią debatę wokół Mercosuru oraz blokowanie umowy przez Warszawę i Paryż?
Uważam pójście polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Mercosuru za absolutny błąd strategiczny i niezrozumienie potrzeb nowoczesnego biznesu. Rozumiem uwarunkowania polityczne, bo otwarte poparcie wywołałoby natychmiastową delegację rolniczą pod Kancelarię Premiera w Warszawie i pod Pałac Elizejski w Paryżu.
Należało zachować się dyplomatycznie, a nie składać skargę. Komisja Europejska wyliczyła, że pięć lat opóźniania wejścia w życie Mercosuru kosztowało unijną gospodarkę sto dziewięćdziesiąt miliardów euro. Pakiet osłonowy dla rolników wynosił sześć miliardów. Rolnictwo generuje około półtora procenta unijnego PKB, a przemysł ponad dwadzieścia procent. Gdybyśmy podnieśli rolnikom rekompensaty dwudziestokrotnie, unijna gospodarka dzięki umowie i tak byłaby na ogromnym plusie.
Żyjemy jednak w epoce krótkich haseł w mediach społecznościowych. Łatwo rzucić hasło, że nie oddamy ani kroku w obronie polskiego czy francuskiego żywiciela. Bezpieczeństwo żywnościowe jest strategiczne, ale polski ziemniak nie obroni nas w skomplikowanym świecie. Jeśli nie będziemy mieli silnego, rosnącego przemysłu, brak wzrostu osłabi nas znacznie bardziej niż import wołowiny czy soi.
Postulat budowy europejskich czempionów na wzór Airbusa brzmi świetnie, ale w kosmosie i obronności wciąż wygrywa rozdrobnienie. Dlaczego Europa wciąż powiela te same systemy w kilku krajach naraz?
W wielu sektorach rozdrobnienie pozbawia nas szans. Weźmy zdolność wynoszenia satelitów. Mamy w Europie wspaniałe firmy, jak polsko-fińskie ICEYE, i unijny projekt konstelacji IRIS², który ma konkurować ze Starlinkiem. Tylko czym my te satelity wystrzelimy? Przecież nie mamy własnych rakiet. Mamy pójść do Elona Muska i prosić, żeby swoimi rakietami wyniósł technologię, która ma być konkurencją dla jego biznesu? Nie trzeba być psychologiem, by znać odpowiedź. W Europie nie może być tak, że każdy z dwudziestu siedmiu krajów buduje sobie własną rakietę. Potrzebujemy konsolidacji kapitału w jednym lub dwóch miejscach, inaczej przegramy.
Z tego samego powodu Europa wciąż nie potrafi stworzyć globalnego giganta technologicznego?
Nie stworzymy europejskiego odpowiednika ChatGPT, bo nie mamy jednolitego rynku. Mieliśmy tworzyć europejskie Google dwadzieścia lat temu przy Strategii Lizbońskiej. Dziś mamy przeregulowanie, brak wspólnego rynku usług i brak jednolitego rynku danych. Do tego dochodzi restrykcyjna ochrona prywatności, która wylewa dziecko z kąpielą, gdy każdy parlament dokłada własne obostrzenia. Na czym mamy trenować wielkie modele? Amerykanie trenują na miliardach ludzi anglojęzycznych, a Chińczycy na ponad miliardowej populacji. Unijne prawo zabiło powstawanie modeli bazowych.
Tylko że to brzmi jak wyrok technologicznej zależności od Doliny Krzemowej.
Wręcz przeciwnie, to nasza szansa. Europa nie stworzy uniwersalnego modelu, ale od zawsze byliśmy mistrzami w braniu zewnętrznej technologii i budowaniu genialnych wdrożeń. Przez trzydzieści lat braliśmy amerykański program Excel z pakietu Microsoftu i zarządzaliśmy nim europejskimi bankami oraz fabrykami lepiej niż ktokolwiek na świecie. Zamiast ścigać się na modele bazowe, weźmy istniejące rozwiązania i stwórzmy na ich fundamencie najlepszą cyfrową służbę zdrowia, administrację, technologie podwójnego zastosowania i zautomatyzowany przemysł.
Francja idzie jednak w drugą stronę i ogłasza wyrzucenie amerykańskiego oprogramowania z administracji publicznej w imię cyfrowej suwerenności.
To są polityczne deklaracje. Ameryka sama stworzyła te napięcia, ucinając niektóre technologie, ale Europa jest dla nich gigantycznym rynkiem zbytu. Jako przedstawiciel biznesu wierzę, że przedsiębiorstwa znajdą porozumienie, bo po obu stronach Atlantyku nikt nie chce tracić setek miliardów euro. Dla amerykańskich gigantów cyfrowych europejski rynek jest drugi po rodzimym. Żadna administracja nie odetnie się z dnia na dzień od globalnych standardów technologicznych.
Rozmawiamy w Brukseli przy rondzie Schumana, tuż obok siedziby Komisji Europejskiej. Mamy za sobą ponad trzydzieści lat wzrostu gospodarczego, a cały czas słyszę, że głosu polskiego biznesu w tutejszych korytarzach często nie słychać. Dlaczego ustępujemy pola niemieckim i francuskim federacjom?
To wynika z historii. Przez lata polskie firmy koncentrowały się na rynku krajowym i nie dostrzegały, że to w Brukseli zapadają kluczowe decyzje. Teraz, gdy Maspex przejmuje kolejne podmioty w regionie, a InPost inwestuje prawie półtora miliarda euro we Francji i rozwija sieć w Wielkiej Brytanii, ta świadomość i zapotrzebowanie na obecność w Brukseli gwałtownie rosną.
Po drugie, największe spółki w Polsce to podmioty Skarbu Państwa. Ich ch prezesi częściej wybierali bezpośredni dialog z ministerstwem w Warszawie niż budowanie swojej pozycji poprzez stowarzyszenia branżowe.
Po trzecie, w Niemczech jest jedno BDI, we Francji jeden Medef, a we Włoszech jedna Confindustria. W Polsce w samej Radzie Dialogu Społecznego mamy aż siedem organizacji przedsiębiorców. Trudno budować porównywalne budżety i taką samą siłę przebicia w unijnych instytucjach, gdy ten głos jest u nas rozproszony.
„Przebijanie brukselskiej bańki” to nowa seria wywiadów o mechanizmach wpływu w Brukseli. Poprzednią rozmowę o tym, jak temat wody staje się w Polsce wyzwaniem na miarę transformacji energetycznej i jak w jej temacie lobbuje Federacja Przedsiębiorców Polskich znajdziesz tutaj.