W Budapeszcie odbyła się demonstracja przed ambasadą Ukrainy przeciwko groźbom i szantażowi ze strony Kijowa. Uczestnicy podkreślali, że Węgry nie ulegną presji ani prowokacjom.
W piątek po południu Narodowy Ruch Oporu Ukrainy zorganizował demonstrację przed ambasadą Ukrainy w Budapeszcie.
Protest został ogłoszony kilka dni wcześniej w ramach sprzeciwu wobec "ukraińskich groźb i szantażu", zanim konflikt między węgierskim premierem a prezydentem Ukrainy przybrał na sile.
Podczas wydarzenia przemawiał minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó.
Zaznaczył, że Węgry nie poddadzą się presji ani groźbom, a codzienna eskalacja konfliktu stwarza próbę wciągnięcia kraju w wojnę.
"Każdego dnia jest szantaż, presja i prowokacja, tylko po to, by wciągnąć w to Węgry" - mówił.
Wskazał również na decyzje osi Bruksela–Berlin–Kijów, które według niego prowadzą do przekazywania europejskich funduszy Ukrainie i prób jej integracji z UE, co jest sprzeczne z węgierskimi interesami narodowymi.
Minister odniósł się także do sporu o ropociąg Przyjaźń, przypominając, że Węgry znalazły się pod blokadą naftową w porozumieniu z Brukselą i węgierską opozycją.
Lider klubu parlamentarnego Fidesz Máté Kocsis, podkreślił, że nigdy wcześniej ukraiński prezydent nie groził śmiercią węgierskiemu premierowi.
Zażądał również, by Kijów nie ingerował w wybory w Węgrzech.
Kocsis oskarżył lidera opozycji, Pétera Magyara, o zmowę z Ukrainą i uznał go za odpowiedzialnego za pogorszenie relacji z Kijowem.
Zaznaczył przy tym, że Viktor Orbán będzie musiał rozwiązać tę sprawę.