Euronews Culture promuje albumy zbyt często pomijane, które zasługują na znacznie więcej uwagi i uznania.
W zeszłym tygodniu zespół Euronews Culture obudził się w bojowym nastroju i własnoręcznie wybrał albumy, które naszym zdaniem są przecenione, ręcznie selekcjonując krążki, które uznaliśmy za przereklamowane. Wielu z was napisało do nas i nie wszyscy byli zachwyceni – sądząc po barwnym, chwilami mało cenzuralnym słownictwie.
W tym tygodniu robimy odwrotnie i równoważymy muzyczny wszechświat, wybierając 10 płyt, które naszym zdaniem są niedocenione. To albumy niesłusznie zjechane, zbyt łatwo pomijane albo po prostu zapomniane. Tak czy inaczej, zasługują na więcej miłości.
Zatem do rzeczy: oto niedoceniane perełki, które powinny trafić do waszych uszu i kolekcji.
Jeri Southern - You Better Go Now (1956)
Słyszeliście kiedyś o Jeri Southern? Jeśli nie, trudno się dziwić. Ja też nie, dopóki nie usłyszałem jej w sklepie z płytami – i odruchowo nie sięgnąłem po niezawodnego Shazama. Okazało się, że ten utwór pochodzi z jej przepięknej płyty z 1956 roku „You Better Go Now”. W swoich czasach Southern wcale nie była postacią anonimową: mówi się, że Frank Sinatra i Miles Davis byli jej zagorzałymi fanami, a ona sama nagrała pierwszą wokalną wersję „When I Fall in Love”. Dziś jednak jej nazwisko niemal zniknęło z muzycznych rozmów. Częściowo winna była paraliżująca trema, przez którą wycofała się z występów, gdy jej rówieśniczki – Peggy Lee, Julie London, Ella Fitzgerald czy Doris Day – zdobywały status gwiazd w każdym domu. Wystarczy jednak wcisnąć „play”, żeby przenieść się do sennego, znakomicie zaaranżowanego świata romansu, tęsknoty i złamanego serca, opowiadanych jej cudownie powściągliwym głosem. Więc... You Better Go Now – i posłuchajcie tego zapomnianego skarbu. TF
Labi Siffre – Crying Laughing Loving Lying (1972)
Gdybym miał utknąć na bezludnej wyspie z gramofonem i kilkoma longplayami, trzeci album studyjny Labi Siffre’a na pewno znalazłby się w tym zestawie. Ten angielski piosenkarz, autor piosenek, poeta i pisarz, obdarzony głosem, od którego aniołom łzy napływają do oczu, stworzył płytę jednocześnie podnoszącą na duchu i przeszywająco słodko-gorzką – na całe pokolenia. Sprawi, że będziecie płakać, śmiać się i zakochiwać. A jeśli chodzi o „kłamanie” z tytułu, pojawia się dopiero wtedy, gdy po przesłuchaniu nie uznacie, że to olśniewające dzieło piękna, które zbyt długo pozostawało niedowartościowane. To, jak Siffre wykorzystuje swoją emocjonalną wrażliwość, by tworzyć te wyznaniowe, naprawdę poruszające piosenki, jest zdumiewające – a każdy kolejny utwór robi większe wrażenie niż poprzedni. Co miłe, Siffre przeżywa ostatnio mały renesans w popkulturze – nowe pokolenia odkrywają jego niezwykłą muzykę. Niektóre utwory były szeroko samplowane – chyba najsłynniej przez Kanye’ego Westa w „I Wonder” („My Song”); jego piosenki „Crying Laughing Loving Lying” i „Cannock Chase” trafiły odpowiednio do filmu The Holdovers oraz nominowanego do Oscara Sentimental Value, a utwór „Bless The Telephone” stał się w zeszłym roku wiralem na TikToku. Miejmy nadzieję, że to znak, iż ta płyta powoli przestaje być niedoceniana i wreszcie awansuje do rangi obowiązkowego arcydzieła. Według zapowiedzi 80-letni dziś Siffre wyda też do końca 2026 roku nowy album – pierwszy od 28 lat. Nie muszę dodawać, jak bardzo mnie to cieszy. DM
Bill Withers - +'Justments (1974)
Album „+’Justments” Billa Withersa jest wręcz skandalicznie niedoceniany. Ukazał się w 1974 roku jako jego trzeci album studyjny, lecz niemal całkowicie przykryły go bardziej znane wydawnictwa. Tymczasem jest tu tyle rzeczy do pokochania. „You” i „The Same Love That Made Me Laugh” przerabiają zamęt związany z rozpadającym się małżeństwem Withersa na dziki, oparty na groove’ie soul, a bardziej oszczędne „Can We Pretend” i „Make A Smile For Me” należą do najbardziej pięknie melancholijnych utworów, jakie kiedykolwiek nagrał. Jego głos przez cały album pozostaje po prostu majestatyczny. Zanim został gwiazdą, Withers miał za sobą kawał życia – dziewięć lat w marynarce wojennej, pracę jako monter w fabrykach rozsianych po całym kraju – i „+’Justments” brzmi jak destylat tych doświadczeń zamknięty w dziesięciu utworach. Ta płyta zasługuje na zdecydowanie więcej miłości, niż dostaje. W skrócie: to arcydzieło. TF
Cocteau Twins & Harold Budd – The Moon And The Melodies (1986)
O Cocteau Twins słyszał prawdopodobnie każdy. Szkockie trio współtworzyło brzmienie dream popu dzięki migoczącym gitarom, rozmytej produkcji i niepodrabialnemu głosowi Elizabeth Fraser, a ich „Heaven or Las Vegas” stało się ulubieńcem krytyków. Połączcie ich jednak z pionierem muzyki ambientowej Haroldem Buddem, a otrzymacie wydany w 1986 roku album „The Moon and the Melodies” – płytę, która jakby wypadła z muzycznej historii między szczelinami. Jest w niej coś niezwykłego; to jedna z tych płyt, do których nieustannie wracam. Zgodnie z tytułem tworzy senną, nocną, niemal niebiańską atmosferę – mroczną, ale w dziwny sposób kojącą. Są tu olśniewające utwory, jak „Sea, Swallow Me” i „She Will Destroy You”, które rozwijają charakterystyczne brzmienie zespołu, podczas gdy „The Ghost Has No Home” i „Bloody and Blunt” mocniej skręcają w stronę ambientu Budda. W jakiś sposób oba style stapiają się idealnie. Z kolei „Why Do You Love Me” jest moim zdaniem jednym z najpiękniej niepokojących instrumentalnych utworów, jakie powstały. Jak na tak zachwycającą płytę, „The Moon and the Melodies” nigdy nie doczekało się rozgłosu innych pozycji w ich katalogu. Szczerze mówiąc, to skandal. TF
Fleetwood Mac – Tango In The Night (1987)
Gdy rozmawia się o Fleetwood Mac, zazwyczaj albo wychwala się „Rumours” jako jeden z najlepszych albumów w historii (albo i nie, jak twierdzi mój szacowny kolega), albo mówi o „Tusk” jako szalonym arcydziele. Są też tacy, którzy sama historia powstania „Rumours” traktują jak motywujące hasło w stylu: „Skoro Fleetwood Mac byli w stanie napisać »Rumours« podczas wielomiesięcznego kokainowego maratonu, w czasie gdy wszyscy właśnie się ze sobą rozstawali, to ja też dam radę przetrwać ten tydzień”. Trzeba przyznać, że to całkiem użyteczna mantra. Tymczasem mało kto wspomina o niedocenianym „Tango In The Night”, ostatnim albumie zespołu w klasycznym pięcioosobowym składzie, zanim Lindsey Buckingham postanowił pójść swoją własną drooogą... Powinni jednak, bo to znakomita, kinowa wręcz popowa wizja lat 80., z hitem za hitem – od „Big Love” i „Seven Wonders” po „Everywhere”, „Little Lies” i „Isn’t It Midnight”. Owszem, album sprzedał się w ponad 15 mln egzemplarzy (to drugi największy komercyjny sukces grupy), ale łatwo zmarznąć, gdy żyje się w cieniu „Rumours”. Nagranie „Tango In The Night” miało być podobno 18‑miesięczną mordęgą, a słynne uzależnienie od kokainy Stevie Nicks na pewno nie ułatwiało pracy. Ale moim zdaniem ten wysiłek się opłacił. Być może nie ma surowej rockowej energii wcześniejszych płyt i momentami jest bezdyskusyjnie kiczowate… Ale to cudowny, pierwszorzędny kicz. Czas odsunąć na bok „Rumours” i podarować tej płycie „Big Love”, na jakie naprawdę zasługuje. DM
AZ - Doe Or Die (1995)
„Doe or Die” ukazało się w 1995 roku, ponad rok po przełomowym „Illmatic” Nasa – albumie, który po raz pierwszy przedstawił AZ‑a większości słuchaczy dzięki jego niezapomnianej zwrotce w „Life’s a Bitch”, uchodzącej za jeden z najlepszych gościnnych występów w historii rapu. Trudno było dorównać takiemu poprzednikowi – tym bardziej, że w tym samym roku Mobb Deep wypuścili „The Infamous”. Porównania były nieuniknione. „Doe or Die” może nie ma tak idealnej spójności ani takiego wpływu na kulturę jak „Illmatic”, ale jako portret szorstkiego Nowego Jorku lat 90. absolutnie się broni. Niewiele hip‑hopowych płyt może pochwalić się takim ciągiem trzech numerów jak „Gimme Yours”, „Ho Happy Jackie” i „Rather Unique”, a na całych 45 minutach AZ rapuje z niewiarygodną płynnością. Zbyt często sprowadza się „Doe or Die” do „tej płyty gościa z »Illmatic«”. Tymczasem zasługuje na pełne uznanie. TF
Beck – Midnite Vultures (1999)
Zapytajcie dowolnego fana Becka o ulubione albumy, a najpewniej usłyszycie tytuły „Mellow Gold”, „Odelay”, „Sea Change” czy nagrodzonego Grammy za Album Roku 2015 „Morning Phase”. To świetne wybory, ale zwykle pomijają „Midnite Vultures”. To dziwaczna, absurdalna, pełna groove’u, bezwstydnie erotyczna i kompletnie zakręcona mieszanka synth‑funka i R&B, która wywołuje uśmiech od ucha do ucha. Otwierające album „Sexx Laws” z triumfalnymi trąbkami od razu wprowadza w odpowiedni nastrój; „Nicotine & Gravy” jest pochwałą obu tytułowych przyjemności; „Mixed Bizness” „sprawi, że wszyscy b‑boys będą krzyczeć”; „Real Get Paid” to rozpalony numer stworzony jak na zamówienie do ścieżki dźwiękowej każdej szanującej się dziwacznej orgii; „Peaches & Cream” to znów dwuznaczna oda do obu tytułowych słodkości; a „Pressure Zone” to puszczający oko pop‑rockowy kawałek, który zaczyna się rozkosznym dźwiękiem dobywanego noża rodem z filmu slasher. A jak zakończyć taką zabawną kakofonię? Oczywiście quasi‑Prinsem, czyli soulowym numerem w stylu Prince’a zatytułowanym „Debra”. Boże, jak ja kocham to przedziwnie niedocenione szaleństwo. DM
Coldplay – Parachutes (2000)
Coldplay sprzedali setki milionów płyt, więc nazywanie ich debiutanckiego albumu „Parachutes” „niedocenionym” brzmi trochę absurdalnie. A jednak w pewnym sensie tak właśnie jest. Hity „Yellow” i „Sparks” wciąż cieszą się ogromną popularnością (zasłużenie), ale jeśli poprosicie kogoś, by wymienił jeszcze jeden utwór z tej płyty, zapewne zobaczycie pustkę w oczach. Warto jednak wrócić do całego albumu, bo kryje mnóstwo rzeczy do odkrycia. „Don’t Panic”, „Spies”, „Shiver” i „High Speed” to piękne, oszczędne kompozycje, które przypominają Coldplay z czasów, o których większość słuchaczy najwyraźniej zapomniała. To niezwykle solidny debiut: ciepły, melancholijny, romantyczny i zaskakująco prosty. Chris Martin nigdy nie brzmiał bardziej tęsknie. I ani jednego utworu do pominięcia. Zanim stali się stadionowym zespołem, który wielu uwielbia krytykować, po prostu świetnie pisali piosenki. „Parachutes” jest na to najlepszym dowodem. TF
Massive Attack – 100th Window (2003)
Trip‑hopowe legendy z Bristolu miały niesamowitą passę w latach 1991–1998: od przełomowego „Blue Lines”, przez oniryczne „Protection”, po ich opus magnum „Mezzanine”. Potem pojawiło się „100th Window” – album, który ostatecznie stał się solowym projektem Roberta „3D” Del Naji. Andrew „Mushroom” Vowles odszedł z zespołu po „Mezzanine”, a Grant „Daddy G” Marshall zrezygnował z udziału w nagraniach, zostawiając 3D samego za sterami. Stylistycznie czwarta płyta była inna: bez sampli, bez typowego dla zespołu połączenia hip‑hopu z jazzowo‑progresywnymi wtrętami. Do studia dotarł stały współpracownik Horace Andy oraz gościnna wokalistka Sinéad O’Connor, która pojawia się w trzech z dziewięciu utworów. Wbrew temu, co sugerują rankingi, efekt jest mroczny, gęsty i hipnotyzujący – a niesłusznie zbywany jako dzieło „gorszej kategorii”. O’Connor śpiewa tu oszałamiająco, zwłaszcza w pełnym żalu „What Your Soul Sings” i wyróżniającym się „Special Cases”, a przejmujący rap 3D w utworach takich jak „Future Proof” czy „Butterfly Caught” wywołuje ciarki. „100th Window” może nie dorównuje najgłośniej chwalonym dokonaniom grupy, ale to z pewnością jej najbardziej niedoceniony album. DM
Tom Waits – Real Gone (2004)
Jak bardzo anachroniczny nie wydawałby się Tom Waits przed 2004 rokiem, nic nie przygotowało słuchaczy na to, że legenda wyda album inspirowany hip‑hopem. I choć „Real Gone” nie plasuje się na równi z przełomowym „Swordfishtrombones”, szczytowym w karierze „Rain Dogs” czy znakomitym „Mule Variations”, to płyta, która zasługuje na znacznie więcej miłości. Zamiast jego charakterystycznego pianina słyszymy tu energetyczne groove’y i gramofony, a także beatbox w wykonaniu samego Waitsa, który sięga po zupełnie nowy zestaw wokalnych tików i ryków. „Real Gone” wprowadza świeże wpływy, nie odpychając przy tym wiernych fanów. Pierwsza połowa tego 72‑minutowego hałasu jest bezbłędna i niezwykle sugestywna, a choć w drugiej części zdarzają się chwilowe spadki napięcia, finałowy utwór „Day After Tomorrow” zachwyca i należy do najbardziej otwarcie politycznych piosenek w jego dorobku. Przynajmniej do czasu, gdy pojawiło się „Boots On The Ground”. Po premierze „Real Gone” krytycy w większości zbyli je jako hałaśliwy bałagan – i bardzo się pomylili. To pomysłowy, zaskakujący i tętniący życiem album, który z czasem nabrał szlachetności jak dobre wino. Bez uszczerbku dla „Bad As Me” (2011), ostatniego jak dotąd albumu studyjnego Waitsa, „Real Gone” pozostaje ostatnim wielkim dokonaniem tego muzycznego dadaisty. Oby nie ostatecznym. Minęło już 15 lat, Tom. Potrzebuję kolejnej dawki. DM
I to by było na tyle. Znaliście któreś z tych albumów? Udało nam się zmienić wam zdanie? Piszcie śmiało. Tylko darujcie sobie, jeśli wciąż macie żal o zeszłotygodniową listę przereklamowanych płyt. Eagles nadal są do bani, a tamten album Daft Punk nie jest tak genialny, jak wam się wydaje.