Za wschodnią granicą Polski drony wyznaczają dziś tempo i sposób prowadzenia wojny. Politycy zdają się to dostrzegać. Ze skutecznością jest jednak gorzej. Polska wciąż produkuje rocznie tyle wojskowych bezzałogowców, ile Ukraina potrafi wysłać podczas… kilku ataków.
Politycy zapowiadają powstanie legionu dronowego, a Ministerstwo Obrony Narodowej deklaruje, że w 2026 roku na drony i systemy antydronowe przeznacza 26 mld zł. Kolejne wystąpienia są pełne deklaracji o technologicznej rewolucji, którą przechodzi Wojsko Polskie.
Tyle, że doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują coś znacznie ważniejszego: zwycięstwa nie odnosi armia, która ma najciekawsze prototypy, lecz ta, która potrafi produkować drony szybko, tanio i masowo. Przedstawiciele polskiego przemysłu mówią dziś otwarcie o potrzebie budowania zdolności liczonych nie w setkach, lecz w dziesiątkach i setkach tysięcy bezzałogowców rocznie.
Polska nie ma dziś problemu z brakiem technologii. Nie ma też problemu z brakiem firm zdolnych do projektowania i produkcji zaawansowanych systemów bezzałogowych. Coraz wyraźniej widać natomiast inny problem: państwo działa zbyt wolno w stosunku do możliwości, które już istnieją.
Ukraina pokazała nową logikę wojny
Wojna za wschodnią granicą całkowicie zmieniła sposób myślenia o uzbrojeniu. Dron, który jeszcze niedawno był niszowym dodatkiem do pola walki, stał się jednym z jego najważniejszych elementów.
Skala ukraińskiej produkcji pokazuje, jak bardzo zmieniły się realia. Według szacunków przywoływanych przez Instytut Mikromakro Ukraina w 2025 roku produkowała około 4 mln bezzałogowców.
Dla porównania skala polskiej produkcji wygląda zupełnie inaczej. Według szacunków Instytutu Mikromakro, poza Grupą WB krajowy wolumen „wojskowych” bezzałogowców to do około 400 gotowych zestawów rocznie. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie polskie firmy produkują razem zaledwie kilkaset dronów.
Grupa WB deklaruje bowiem zdolność wytwarzania około 25 kompletnych platform bezzałogowych dziennie. To pokazuje jednak, jak bardzo polski potencjał jest skoncentrowany i jak daleko jesteśmy od ukraińskiej skali liczonej w milionach sztuk.
Nie jest to porównanie jeden do jednego. Ukraińskie miliony obejmują przede wszystkim tanie, masowo produkowane bezzałogowce, podczas gdy polskie firmy wytwarzają również znacznie bardziej złożone systemy rozpoznawcze i bojowe. Ale właśnie o to chodzi: współczesna wojna wymaga zarówno zaawansowanych platform, jak i ogromnej liczby prostszych, tanich systemów, które można szybko uzupełniać.
Ukraiński przemysł nie osiągnął tej skali przez przypadek. Po wybuchu pełnoskalowej wojny liczba firm działających w tamtejszym sektorze gwałtownie wzrosła, a państwo zaczęło aktywnie wspierać produkcję poprzez zamówienia i finansowanie. W 2025 roku Ukraina planowała zakup około 4,5 mln krajowych dronów FPV.
Również polscy producenci nie mają już wątpliwości co do kierunku zmian. Julian Żyromski, wiceprezes FlyFocus, zwraca uwagę, że doświadczenia Ukrainy pokazują konieczność wdrażania takich technologii na masową skalę. I właśnie tutaj pojawia się największy problem Polski.
O dronach mówi się bardzo dużo, ale decyzje dotyczące szybkiego uruchamiania produkcji, zakupów i wdrożeń nadal zapadają zbyt wolno.
Gotowa fabryka już czeka
Dobrym przykładem jest firma TKH, która przez kilka lat rozwijała własną rodzinę odrzutowych dronów MTJD (Modular Turbo Jet Drone). Projekt powstawał poza największymi programami państwowymi i bez szerokiej promocji medialnej.
Najważniejsze jest jednak to, że nie mówimy już wyłącznie o prototypie. Firma deklaruje, że posiada linię produkcyjną zdolną do wytwarzania około tysiąca dronów rocznie i przygotowuje rozbudowę infrastruktury.
Jeszcze kilka lat temu taka liczba robiłaby ogromne wrażenie. Dziś ważniejsze jest jednak coś innego: zdolności produkcyjne już istnieją.
Jeżeli państwo chce szybko zwiększać liczbę zaawansowanych bezzałogowców, nie musi zaczynać od zera. Ma firmy, które już opracowały konstrukcje, uruchomiły produkcję i są gotowe zwiększać jej skalę.
Polski dron, polski silnik
Producent podkreśla, że konstrukcja MTJD została opracowana i zbudowana w Polsce, a udział zagranicznych komponentów ograniczono do minimum. Firma opracowała również własny silnik turboodrzutowy.
Znaczenie takich projektów wykracza daleko poza same parametry techniczne. Wojna w Ukrainie pokazała bowiem, jak istotne są niezależne łańcuchy dostaw oraz zdolność do samodzielnego rozwijania i produkowania kluczowych technologii.
Według deklaracji TKH największy wariant, MTJD 100, ma osiągać prędkość blisko 2500 km/h i przenosić ponad 100 kg ładunku. Mniejsze wersje mają wykonywać misje na dystansie sięgającym 1000 km.
Parametry te nie zostały jeszcze publicznie zweryfikowane przez polskie wojsko. Jeśli jednak znajdą potwierdzenie podczas testów, będzie to jedna z najbardziej zaawansowanych polskich konstrukcji bezzałogowych.
Jeden producent już udowodnił, że się da
Nie tylko poznańska TKH pokazuje, że polskie firmy mają możliwości produkcyjne pozwalające wejść na znacznie większą skalę.
Grupa WB, producent amunicji krążącej Warmate, systemów rozpoznawczych FlyEye oraz systemu uderzeniowego Gladius, od lat rozwija własne zdolności produkcyjne. Jej produkty są wykorzystywane przez Wojsko Polskie, a także przez zagranicznych użytkowników i zostały sprawdzone w warunkach bojowych.
W maju 2025 roku Agencja Uzbrojenia podpisała z Grupą WB umowę ramową dotyczącą dostaw blisko 10 tys. sztuk amunicji krążącej Warmate, w ramach około tysiąca zestawów. Kontrakt ma być realizowany do 2035 roku.
To ważny moment nie tylko ze względu na samą liczbę zamówionych systemów. Pokazuje również, że polskie przedsiębiorstwo jest w stanie przyjąć kontrakt liczony w tysiącach bezzałogowców i budować produkcję wokół dużych, wieloletnich zamówień.
W 2026 roku Agencja Uzbrojenia zawarła z Grupą WB kolejne umowy dotyczące systemów Warmate, FlyEye i Gladius. Według producenta były to największe dotychczas kontrakty na kompleksowe systemy rozpoznawczo-uderzeniowe zawarte w Polsce i Europie.
Historia Grupy WB pokazuje więc, że polski przemysł jest zdolny do produkcji bezzałogowców na dużą skalę. Historia TKH pokazuje z kolei, że na rynku są kolejni producenci gotowi wejść do gry.
Nie tylko WB GROUP i TKH
Równolegle rozwijany jest również dron uderzeniowy Striker, tworzony przez FlyFocus i Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 2. Bezzałogowiec ma przenosić głowicę bojową o masie do 40 kg i razić cele oddalone nawet o 1000 km. Projekt przygotowywany jest do wdrożenia i produkcji seryjnej we współpracy z przemysłem państwowym.
Dla programu rozwijany jest również polski silnik przygotowywany przez WSK PZL Kalisz. Pokazuje to, że krajowe kompetencje obejmują już nie tylko budowę samych platform, lecz także ich kluczowych podzespołów.
Zestawienie tych przykładów prowadzi do prostego wniosku. Polska ma dziś kilku producentów dysponujących - albo rozwijających - zdolności do produkcji bojowych systemów bezzałogowych. Ma firmy budujące własne drony. Ma przedsiębiorstwa produkujące własne silniki. Ma wreszcie producentów realizujących kontrakty liczone w tysiącach egzemplarzy.
Coraz trudniej więc twierdzić, że problemem jest brak technologii. Coraz wyraźniej widać natomiast, że problemem staje się skala i decyzyjność państwa.
Problemem nie jest technologia
Od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie minęły już ponad cztery lata. W tym czasie wszyscy zdążyli zrozumieć, że drony stały się jednym z najważniejszych narzędzi współczesnego pola walki.
Polska również zmieniła podejście. MON deklaruje, że wydatki na drony i systemy antydronowe wzrosły z około 100 mln zł w 2023 roku do 26 mld zł w 2026 roku. W wojsku powstają laboratoria dronowe, rozwijane są nowe struktury odpowiedzialne za systemy bezzałogowe, a minister obrony zapowiada obecność dronów na każdym szczeblu armii.
To wszystko są potrzebne zmiany. Ale pieniądze i deklaracje nie wystarczą. Prawdziwym testem będzie tempo, w jakim pieniądze przełożą się na zamówienia, a zamówienia - na seryjną produkcję. Bo sama obecność kilku zaawansowanych konstrukcji nie stworzy jeszcze dronowej przewagi.
Najważniejsza lekcja płynąca z Ukrainy nie polega więc na tym, że drony są ważne. To wiedzą już wszyscy.
Prawdziwa lekcja jest inna: trzeba umieć produkować je szybko, tanio i masowo. Na wojnie nie liczy się sam potencjał. Liczy się zdolność do jego odtwarzania.
Polska ma dziś technologię i pieniądze. Ma producentów takich jak Grupa WB, TKH czy FlyFocus. Ma również państwowe zakłady, które są gotowe uczestniczyć w tych programach.
Ma nawet coraz większe zamówienia. Problem polega na tym, że wciąż nie ma jeszcze produkcji liczonej w skali odpowiadającej realiom współczesnej wojny.
Jeżeli mimo tego nadal będziemy dyskutować przede wszystkim o potencjale, problemem nie będzie przemysł. Problemem będą decyzje, które nie zapadły na czas.
Bo we współczesnej wojnie przewagę daje nie ten, kto potrafi zbudować drona. Przewagę daje ten, kto potrafi wyprodukować ich dziesiątki tysięcy, zanim będą potrzebne.