Czy da się opowiedzieć o Polsce ostatniego stulecia za pomocą losów jednego budynku? Tak, jeśli opowieść dotyczy takich domów, jak warszawska kamienica przy Litewskiej 10.
30 września na półki księgarń trafia „Dom warszawski” Beaty Chomątowskiej o kamienicy przy Litewskiej 10. Jak przyznaje autorka, za reporterskim tematem można objechać świat. Ale bywa, że temat czeka tuż za ścianą.
Ukończona na krótko przed II wojną światową, stanie się kolejno: luksusowym „domem dochodowym”, mieszkaniem dla pracowników Kripo i SS z pobliskiej Alei Szucha, siedzibą Ministerstwa Ziem Odzyskanych, a następnie domem Komitetu Centralnego, w którym partia osiedli dawnych działaczy Komunistycznej Partii Polski, pracowników redakcji i resortów. Za sprawą ich dzieci, „dom słowa i władzy” stanie się też domem solidarnościowej opozycji, w którym ulotki przechowuje się w podwórkowym śmietniku. Po 1989 roku pod tym samym dachem sąsiadować będą ze sobą prywatni właściciele i lokatorzy mieszkań komunalnych, a siedzibę rosyjskiej agencji TASS od Polskiej Sekcji BBC będzie dzielić zaledwie piętro.
Beata Chomątowska stara się uchwycić specyfikę miejsca, które skupia w sobie niczym w soczewce wielką i małą historię. Bo "Dom warszawski" to przede wszystkim opowieść o jego mieszkańcach i tej szczególnej sąsiedzkiej więzi, która łączy ludzi dzielących latami wspólną przestrzeń.
„Pierwszym tropem była wzmianka o 'wdowie po Świerczewskim', sąsiadce z półpiętra" - wspomina autorka. "Potem wizyta u kolejnej wdowy, gdzie wisiał portret innego mężczyzny w mundurze. Nazwisko generała Moczara na liście lokatorów obok rodzin działaczy i działaczek Komunistycznej Partii Polski, którym Marzec 1968 roku zakończył kariery lub zmusił do emigracji – Mrożek by tego nie wymyślił. A przecież snuł się tu i cień Gomułki, urzędującego w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, mieszczącym się kiedyś właśnie w tym budynku. W oficynie mogłam wciąż spotkać rodziny byłych pracowników resortu, a także właścicieli przedwojennego 'domu dochodowego', jakim była ta kamienica, nim zajęli ją lokatorzy z Kripo i SS. Zaczęłam szperać w archiwach, nastawiłam uszu”.
***FRAGMENT***
Delta
– Ten dom jest jak delta – mówi dawny lokator Andrzej Drukier, a wyobraźnia podsuwa mi od razu Deltę Dietla Marcina Świetlickiego i Chochoły Wita Szostaka. Jednocześnie, bo mają ze sobą związek.
Szostak wymyślił historię krakowskiej kamienicy, do której dociera się starorzeczem Wisły i jego odnogami, bo – jak przypomina fraza Świetlickiego – kiedyś ulicą Dietla naprawdę płynęła woda. Ale nie jesteśmy przecież w Krakowie, a mojemu rozmówcy, który jest fizykiem, chodzi o deltę Diraca. Najprościej: obiekt matematyczny służący do przedstawienia bardzo krótkiego impulsu. W fizyce mówi się o delcie Diraca, gdy energia skupiona jest tylko w jednym miejscu – to odpowiedź na impuls, poza którym nie ma nic – na przykład gdy dany układ reaguje jedynie na określoną częstotliwość.
Hipoteza z deltą brzmi ciekawie. Zdaniem Drukiera wielu lokatorów domu było jak napięta struna reagująca na impuls historii. Są miejsca, które sobie tylko znanym sposobem przyciągają szczególnych mieszkańców. Więcej – perypetie lokatorów nabierają w nich chwilami cech powieści albo serialu. I tak jest trochę z domem na Litewskiej po 1945 roku, kiedy skupił pod jednym dachem całą grupę ludzi o nazwiskach znanych z podręczników historii. W oficynie – działaczy związanych z ruchem narodowym, sprowadzonych tu przez Gomułkę do pracy w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. W klatce od frontu – komunistów z przedwojennym stażem, współtworzących teraz nowy ustrój w różnych jego odsłonach – w Komitecie Centralnym partii, komitetach wojewódzkich, sejmie, na uczelniach, w redakcjach. A także ich dzieci, które po latach będą protestować i próbować ten ustrój zmienić. Ich spotkanie w jednej przestrzeni trudno wytłumaczyć wyłącznie partyjnym rozdzielnikiem.
Dom już na pierwszy rzut oka budzi ciekawość. Zdaje się, że widział wiele; od razu chciałoby się poznać zaklęcie, które zdejmie fasadę i pozwoli z ukrycia popodglądać krzątaninę lokatorów, jak na obrazkach z książek dla dzieci, na których widać, jak Paweł i Gaweł w jednym stali domu i co działo się jednocześnie w piwnicach, na strychu i na piętrach.
Najprościej rzecz jasna spojrzeć na niego jak na przykład przedwojennego modernizmu, dom ocalały z wojny, któremu udało się uniknąć zniszczeń i późniejszych przeróbek. W okaleczonej przez historię Warszawie już to wystarczy, by uznać budynek za istotny. Ale przecież architektura, nawet zachwycająca, to nie wszystko
Może więc oddziałuje tu coś ukrytego między deskami podłóg, w murach, za kominem, w pozostałościach po kuchni opalanej węglem, szafkach wbudowanych przed wojną w ściany? I nie chodzi o schowane przez żydowskich lokatorów albo niemieckich wojskowych skarby, których wizja rozpalała wyobraźnię każdego poszukiwacza złota w ruinach stolicy. Choć jeszcze w latach osiemdziesiątych robotnicy naprawiający wentylację, owładnięci tą samą gorączką, natrafiwszy znienacka na pustą przestrzeń w ścianie łazienki mieszkania numer pięćdziesiąt sześć w oficynie, rozbierali cegły drżącymi rękami. Ale poza butelką po zwietrzałej wódce z odręcznie wypisaną na etykiecie datą oddania budynku, na którą natrafili wcześniej pod wanną, nie czekało na nich żadne znalezisko. Akurat w tym mieszkaniu znajdowała się ściana szczytowa, w której zgodnie z ówczesnym zwyczajem po ukończeniu prac zostawiano takie pamiątki – na szczęście. Dwie dekady później inna ekipa remontowa odkryła w dawnej kuchni mieszkania czterdzieści siedem skrytkę, a w niej – plik niemieckich gazet z okresu okupacji.
Dżin zamknięty we flaszce z czystą zakrawa jednak raczej na karykaturę ducha miejsca, w którego sprawczość kolejne pokolenia Warszawiaków zdawały się wierzyć równie mocno jak starożytni Rzymianie. Wyobrażenia opiekunów, dyskretnie czuwających nad losem mieszkańców, przybierały zwykle postać krasnali z żelaza ustawionych przy bramie. Każdy wiedział, że rola tych odbojników wykracza poza ochronę przejazdu od uszkodzenia przez ciągnące tamtędy wozy czy dorożki. W bramie kamienicy Kurnatowskich ani śladu koboldów. Były znakiem epoki wcześniejszej niż ten dom, wytwór nowoczesnego miasta, masy, maszyny, wyposażony w podziemny garaż. Samochody przemykają tędy bez problemu. A jednak trudno oprzeć się poczuciu, że miejscowe lary i penaty naprawdę istnieją. Siedzą sobie gdzieś w tych ścianach i tkają niewidoczną nić, której plątanina dopiero po upływie czasu przeobraża się w czytelny wzór – historię budynku.
Dociekania, czy mury przechowują echa wcześniejszych zdarzeń, oddziałujące na kolejnych lokatorów, zakrawają raczej na ćwiczenia z ezoteryki niż na racjonalne wywody, nawet jeśli nauka też przygląda się takim historiom. Weźmy nurt afektywny w antropologii, badający na przykład, jak ludzie nieświadomi historii danej przestrzeni reagują na miejsca naznaczone przemocą i zbrodnią. Z tej perspektywy opowieści o „domach z dobrą energią” lub „domach, w których straszy” trudno włożyć całkiem między bajki. Dziecięce sny małej Basi Stępień o intruzach dobijających się do drzwi też zasługiwałyby na uwagę.
Nie jest to w każdym razie dom, który straszy, wręcz przeciwnie – chce się w nim mieszkać. Daleko mu też do moskiewskiego „domu władzy”, opisanego przez historyka Yuriego Slezkine’a – mimo powierzchownego podobieństwa w polskich warunkach sytuacja wyglądała inaczej. Zresztą domów skupiających komunistyczną elitę było w powojennej Warszawie więcej.
Dom warszawski, zwłaszcza taki jak na Litewskiej, to osobny gatunek, więc będę częściej pisać o nim „dom” niż „kamienica”. Słowo „dom” uosabia podstawowe schronienie i prostotę – cztery ściany i dach. „Kamienica” brzmi nobliwie, kojarzy się też ze swoistym miejscem-mitem, czyli z kamienicą krakowską, „metaforą trwałości i przywiązania do tradycji”, jak pisze Barbara Klich‑Kluczewska. „Elementem tego mitu jest trwałość i ciągłość pokoleniowa”. Kamienica krakowska to „małe, prywatne muzeum”, którego lokatorzy przedkładają sentyment i estetykę nad wygodę i funkcjonalność. Życie płynie w niej w rodzinnym rytmie i ustalonym porządku. Tymczasem dom warszawski, zwłaszcza w wydaniu modernistycznym, to otwartość i tymczasowość, prostota i duch zaradności, publiczne przemieszane z prywatnym. Gdyby wzorem spokrewnionego z domem Kurnatowskich gdyńskiego „Bankowca” urządzić w jego piwnicach muzeum, to zamiast o ciągłości wielopokoleniowych rodzinnych perypetii opowiadałoby raczej o ostatnich stu latach historii Polski. O wypędzeniach, przywłaszczeniach, zmianach władzy, rodzeniu się opozycji, o sztuce i polityce, wreszcie o wolnym rynku i resztkach spuścizny po systemie gwarantującym każdemu mieszkanie.
Jego historia odzwierciedla też naturę samej Warszawy, miasta migracji i ruchu, tak innego niż wspomniany już Kraków czy równie mieszczański Poznań, gdzie na listach lokatorów śródmiejskich kamienic zmieniają się co najwyżej imiona, rzadziej nazwiska.
Jest to też dom, w który od początku wpisana była racjonalność, a także determinacja, by przetrwać za wszelką cenę. Powstał z pobudek czysto zarobkowych, żadna z niego romantyczna reduta. Tutejszy genius loci jest najwyraźniej z tych krzepkich, mocno się trzyma na nogach.
Ulica
Kamienica Kurnatowskich i ulica, przy której stoi, powstały z podobnego impulsu. To przedsiębiorczość, chęć zysku, otwartość na nowe, umiejętność wykorzystania koniunktury.
Wytyczono ją w 1877 roku z takich samych powodów, jakie kierowały braćmi Eugeniuszem i Leonem, gdy pół wieku później stawiali tam dom. Mówiąc wprost, była ulicą spekulacyjną; dziś to epitet brzmiący podejrzanie, wówczas – o neutralnym wydźwięku. Miała pozwolić na budowę dodatkowych kamienic w części osiemnastowiecznego założenia Osi Stanisławowskiej. Kojarzy je niemal każdy, kto choć raz odwiedził Warszawę: to dziś najbardziej reprezentacyjna, południowa część Śródmieścia wraz z Zamkiem Ujazdowskim, spięta pięcioma placami: na Rozdrożu, Zbawiciela, Unii Lubelskiej, Trzech Krzyży i Politechniki. Rejon miejskich willi, okazałych kamienic, ministerstw i ambasad, od wschodu przechodzący w zieleń Parku Ujazdowskiego i Łazienek.
Wtedy – jeszcze przedmiejski, dopiero połączony z centrum miasta dzięki budowie tramwaju konnego kursującego wzdłuż ulicy Marszałkowskiej do dzisiejszego Placu Unii Lubelskiej i zdominowany przez niską zabudowę: trochę fabryczek, dworków mieszczących podrzędne bary i piwiarnie, pałacyków w ogrodach. Część parcel należy do Rosjan, przedstawicieli arystokracji. Nazwę – Litewska, nadaną trzy lata po wytyczeniu – ulica też zawdzięcza rosyjskiemu sąsiedztwu: ulokowanym w pobliżu koszarom Litewskiego Pułku Lejbgwardii.
Z końcem XIX wieku rejon zaczyna się szybko przeobrażać. Dzieje się to, co współcześnie w centrach polskich miast, gdzie deweloperzy zabudowują wszystkie dostępne grunty. Tyle że dziś działki są na wagę złota, a w Warszawie u schyłku jej przynależności do carskiego imperium spekulacja gruntami dopiero się zaczyna. Sprzyja jej popyt na mieszkania, widoczny też w innych dużych miastach Europy, dokąd po rewolucji przemysłowej ściągają za pracą tłumy robotników. Wzdłuż głównych ulic, takich jak Marszałkowska, jedna po drugiej wyrastają więc okazałe kamienice, kontrastujące z sielskim otoczeniem. Sady i ogrody przy pałacach karczuje się, by podzielić teren na mniejsze działki. Ulica Litewska i okolice w 1885 roku
Dzięki wytyczeniu Litewskiej z trójkąta wcześniej istniejących ulic udało się wykroić trzynaście dodatkowych parcel. To rozwiązanie zyskowne dla przyszłych właścicieli – zamiast klitek na wynajem w ciemnych oficynach wąskich podwórek można zaoferować chętnym reprezentacyjne mieszkania „od ulicy”, rzecz jasna odpowiednio droższe. W drugiej dekadzie XX wieku przy Litewskiej większość nowych domów na wynajem już istnieje i przynosi niemałe dochody.
Fragment został opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.