Loader
Śledź nas
Reklama

Progresywni i umiarkowani Demokraci w USA ścierają się przed wyborami w połowie kadencji

Siedziba Demokratycznego Komitetu Narodowego w Waszyngtonie, Dystrykcie Kolumbii.
Siedziba Komitetu Krajowego Partii Demokratycznej w Waszyngtonie, Dystrykt Kolumbii. Prawo autorskie  AP Photo
Prawo autorskie AP Photo
Przez Stefan Grobe
Opublikowano dnia
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google
Udostępnij Close Button

Seria ostatnich prawyborów w USA pokazała głębokie podziały frakcji w Partii Republikańskiej. Pytanie, czy sprzeciw wobec Trumpa wystarczy, by zjednoczyć obóz.

Do midterms, czyli wyborów środka kadencji w USA, pozostało niewiele ponad dwa miesiące, a Demokraci mierzą się z problemem wykraczającym poza znane już pytanie, jak pokonać prezydenta Donalda Trumpa. Wciąż spierają się o to, czym właściwie ma być Partia Demokratyczna i jakie wartości reprezentować.

REKLAMA
REKLAMA

Podział między skrzydłem progresywnym a centrowym był widoczny przez cały tegoroczny sezon prawyborów. W ostatnich tygodniach trudno go jednak zbyć jako wewnętrzną rodzinną sprzeczkę.

Politycy lewicy odnotowali serię znaczących zwycięstw, a działacze establishmentu demokratycznego reagują narastającym niepokojem, czy kandydaci jednoznacznie kojarzeni z lewicą zdołają wygrać w listopadzie – zwłaszcza w okręgach wahających się i stanach skłaniających się ku Republikanom.

Paradoks polega na tym, że oba skrzydła są przekonane, iż z bolesnej porażki w 2024 roku wyciągnęły dokładnie tę samą lekcję.

Dla progresywnych działaczy wniosek jest jasny: polityka umiarkowania zawiodła. Uważają, że Demokraci zbyt długo bronili status quo, mówili ostrożnym, technokratycznym językiem i opierali się głównie na sprzeciwie wobec Trumpa, zamiast przedstawić wyborcom przekonującą, alternatywną wizję gospodarki.

Odpowiedzią ma być znacznie bardziej agresywny populizm gospodarczy: niższe koszty opieki zdrowotnej, wyższe płace, silniejsze związki zawodowe, działania wymierzone w potęgę wielkich korporacji i system polityczny mniej uzależniony od bogatych darczyńców.

Z kolei bardziej umiarkowani centryści wyciągają niemal odwrotny wniosek. Twierdzą, że Demokraci nie mogą sobie pozwolić na straszenie wyborców w stanach, gdzie toczy się wyrównana walka, kandydatami lub retoryką, które Republikanie mogą przedstawiać jako socjalistyczne, antybiznesowe czy skrajne kulturowo – ich zdaniem to przepis na katastrofę.

Angie Nixon, kandydatka Demokratów do Senatu z Florydy, przemawia w Izbie Reprezentantów w Tallahassee (AP Photo/Phil Sears, File)
Angie Nixon, kandydatka Demokratów do Senatu z Florydy, przemawia w Izbie Reprezentantów w Tallahassee (AP Photo/Phil Sears, File) AP Photo

Ten spór dostał nowe paliwo po ogłoszeniu wyników prawyborów. Na Florydzie Angie Nixon, deklarująca się jako demokratyczna socjalistka, odniosła ogromne, niespodziewane zwycięstwo nad umiarkowanym Alexem Vindmanem w prawyborach do Senatu.

W Michigan progresywny Abdul El-Sayed pokonał wspieraną przez partyjny establishment Haley Stevens. Z kolei w Kalifornii działaczka lewicy Aisha Wahab wygrała w specjalnych wyborach do Kongresu, mimo ogromnych wydatków na kampanię ze strony zewnętrznych grup.

Dla lewicy nie są to jednostkowe sensacje. Traktują je jako dowód, że wyborcy Partii Demokratycznej odrzucają stare partyjne elity.

Jest jednak zasadnicza różnica między wygraną w prawyborach Partii Demokratycznej a zwycięstwem w wyborach powszechnych – i właśnie w tym miejscu zaczyna się argumentacja umiarkowanych.

Floryda, niegdyś wzorcowy stan wahający się, jest dziś chyba najważniejszym testem. Wygrana Nixon dodała energii demokratycznej lewicy, ale teraz czeka ją niezwykle trudna kampania w wyborach powszechnych w stanie, który w ostatnich latach wyraźnie przesunął się w stronę Republikanów.

Jej kandydatura już wywołała spór wśród przywódców Partii Demokratycznej na Florydzie o to, jak mocno ugrupowanie powinno wiązać się z demokratycznym socjalizmem.

Paradoksalnie, tego samego dnia, gdy Nixon została wybrana kandydatką Demokratów do Senatu z Florydy, członkowie partii w tym stanie nominowali na gubernatora Davida Jolly’ego – polityka konserwatywnego, byłego republikanina.

David Jolly, kandydat Demokratów na gubernatora Florydy, przemawia do zwolenników podczas spotkania z wyborcami. (AP Photo/John Raoux)
David Jolly, kandydat Demokratów na gubernatora Florydy, przemawia do zwolenników podczas spotkania z wyborcami. (AP Photo/John Raoux) AP Photo

Dla Demokratów problem nie sprowadza się już tylko do tego, czy idee progresywne są popularne. Wiele ekonomicznych postulatów kojarzonych z lewicą cieszy się zaskakująco szerokim poparciem. W niedawnych sondażach Reuters/Ipsos dwie trzecie wyborców niezależnych opowiedziało się za podniesieniem podatków dla korporacji i miliarderów oraz za wprowadzeniem powszechnego, finansowanego przez państwo ubezpieczenia zdrowotnego.

Inne badania wskazują, że płatne urlopy rodzinne i zdrowotne mają ponadpartyjne poparcie, podobnie jak podniesienie federalnej płacy minimalnej do 15 dolarów za godzinę oraz regulacje dotyczące sztucznej inteligencji, które mają chronić pracowników.

Trudniejsze pytanie brzmi, czy wyborcy popierający te rozwiązania zagłosują rzeczywiście na kandydatów otwarcie określanych jako progresywni.

Ta różnica ma znaczenie, bo zmienia się sama koalicja wyborcza Demokratów. Z najnowszych analiz wynika, że prawybory Partii Demokratycznej w 2026 roku nie muszą oznaczać pełnego zwrotu ideologicznego w lewo - raczej odzwierciedlają rosnący apetyt na populizm gospodarczy i narastającą niechęć do partyjnego establishmentu.

Wyborcy Partii Demokratycznej wciąż mogą określać się jako umiarkowani, jednocześnie popierając rozwiązania tradycyjnie kojarzone ze skrzydłem progresywnym. Jednocześnie wydają się mniej otwarci na część postulatów kulturowych lewicy, takich jak prawa osób transpłciowych, kwestie rasowej sprawiedliwości czy bardzo ambitna polityka klimatyczna.

To tworzy nietypowe polityczne okno możliwości – i jednocześnie poważny ból głowy dla strategów.

Demokraci mogą odkrywać, że ich najmocniejszym przekazem nie jest ani tradycyjny liberalizm, ani klasyczne centrum, lecz populizm gospodarczy wymierzony w potęgę korporacji, przy jednoczesnym unikaniu części wojen kulturowych, które odstraszały niezdecydowanych wyborców.

Problem w tym, że partia wciąż nie uzgodniła, jak ten przekaz opakować. Jest też dodatkowe utrudnienie: Donald Trump, który pozostaje dla Demokratów najsilniejszym czynnikiem mobilizującym.

Prezydent USA Donald Trump przybywa do Ogrodu Różanego Białego Domu 24 sierpnia 2026 roku w Waszyngtonie. (AP Photo/Alex Brandon)
Prezydent USA Donald Trump przybywa do Ogrodu Różanego Białego Domu 24 sierpnia 2026 roku w Waszyngtonie. (AP Photo/Alex Brandon) AP Photo

Republikanie już próbują wykorzystać zwycięstwa progresywnych kandydatów w prawyborach, by wzmocnić narrację, że Partia Demokratyczna zmierza ku „socjalizmowi”. Wskazują na takie postaci jak Nixon czy El-Sayed jako dowód, że ugrupowanie przejmuje jego radykalne skrzydło. Tymczasem Demokraci mają silną motywację, by utrzymać kampanię wyborczą skoncentrowaną na niepopularnych dokonaniach Trumpa, a nie na własnych wewnętrznych sporach.

Ta strategia może się powieść. Kandydaci Demokratów mają obecnie przewagę w sondażach dotyczących ogólnych preferencji wyborczych do Kongresu, a debatę polityczną zdominowały kwestie gospodarcze, szczególnie koszty utrzymania. Innymi słowy, Demokraci mogą wygrać mimo trwającego sporu ideologicznego, a nie dlatego, że został on rozstrzygnięty.

Jeszcze ważniejsze jest jednak to, co stanie się po listopadzie.

Jeśli Demokraci znacząco zwiększą stan posiadania w Izbie Reprezentantów, a nawet odzyskają kontrolę nad Senatem, umiarkowani będą dowodzić, że wyborcy nagrodzili kandydatów skupionych na kwestiach kosztów życia, kompetencji i sprzeciwu wobec Trumpa, a nie na ideologicznej rewolucji.

Progresywni politycy przedstawią zupełnie inną interpretację. Wskażą na swoje sukcesy w prawyborach i stwierdzą, że przyszłość partii należy do kandydatów gotowych kwestionować ustaloną doktrynę Partii Demokratycznej i mobilizować wyborców rozczarowanych dotychczasowym systemem politycznym.

Tak czy inaczej tegoroczne wybory środka kadencji stają się nie tylko castingiem do Kongresu, lecz także starciem o to, jaką tożsamość przyjmie Partia Demokratyczna w epoce po Joe Bidenie, Kamali Harris i Donaldzie Trumpie.

Abdul El-Sayed, kandydat Demokratów do Senatu z Michigan, przemawia do zwolenników w Detroit. (AP Photo/Julia Demaree Nikhinson)
Abdul El-Sayed, kandydat Demokratów do Senatu z Michigan, przemawia do zwolenników w Detroit. (AP Photo/Julia Demaree Nikhinson) AP Photo

Stawka jest wyjątkowo wysoka, bo w tle już pojawia się następna kampania prezydencka. Kandydaci i frakcje, które wyjdą z cyklu wyborczego 2026 najsilniejsze, będą miały ogromny wpływ na walkę o nominację Partii Demokratycznej w 2028 roku.

Na razie liczy się jednak prosty cel: wygrać w listopadzie. A to wymaga, by dwa bardzo różne oblicza Partii Demokratycznej zachowywały się jak jeden zespół.

Progresywiści chcą partii, która walczy ostrzej. Umiarkowani oczekują ugrupowania, które mniej odstrasza wyborców. Obie strony są przekonane, że strategia przeciwników grozi przegraną.

To może być główny paradoks wyborów środka kadencji w 2026 roku: największym atutem wyborczym Demokratów jest rosnąca przewaga w kwestiach gospodarczych i narastające znużenie Trumpem wśród wyborców, a największą polityczną słabością – nierozstrzygnięty spór o to, jak chcą ten potencjał wykorzystać.

Na dwa miesiące przed dniem głosowania Partia Demokratyczna wciąż tego sporu nie rozstrzygnęła. Być może zrobią to za nią wyborcy.

Przejdź do skrótów dostępności
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google

Czytaj Więcej

Niewidoczne prawybory w USA: kulisy walki o nominację przed wyborami prezydenckimi w 2028 roku

Chiny odrzucają oskarżenia Trumpa o ingerencję w wybory jako bezpodstawne

Amerykańskie prawybory: Teksas przygotowuje się do epickiego wyścigu do Senatu w listopadzie