Włochy wzięły udział w spotkaniu Rady Pokoju jako obserwator, sygnalizując wsparcie dla odbudowy regionu. Watykan i niektóre kraje wyrażają wątpliwości wobec inicjatywy Trumpa.
"Bardzo niefortunna"- tymi słowami rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt skomentowała decyzję Watykanu o nieprzystąpieniu do Rady Pokoju.
Kardynał Pietro Parolin wyraził zakłopotanie "szczególnym charakterem" Rady, tłumacząc, że Stolica Apostolska nie weźmie w niej udziału, ponieważ organ ten "nie odzwierciedla statusu i funkcji typowych dla innych państw i organów międzynarodowych".
Zaznaczył, że w sprawach kryzysowych rolę koordynującą powinna pełnić przede wszystkim ONZ, co stoi w sprzeczności z wizją prezydenta Donalda Trumpa, który planuje kierować odbudową z udziałem krajów partnerskich gotowych do inwestycji.
Leavitt broniła Rady, argumentując, że pokój nie może być "ani polityczny, ani kontrowersyjny".
Decyzja Watykanu jest jednak wyzwaniem dla administracji USA, zwłaszcza że Leon XIV jest pierwszym amerykańskim papieżem.
"Amerykańska administracja chciałaby, aby wszyscy goście mogli wziąć udział w spotkaniu, ponieważ mówimy o odbudowie kraju zniszczonego przez cierpienie i ubóstwo, a prezydent ma ambitny plan odbudowy" - podkreśliła rzeczniczka.
Wątpliwości Stolicy Apostolskiej podziela wielu obserwatorów.
Watykan pozostaje jednym z nielicznych państw, które odmówiły udziału nawet w charakterze obserwatora.
Do potwierdzonych uczestników czwartkowego spotkania należą Unia Europejska, Włochy, Polska, Rumunia, Grecja i Cypr, ale wyłącznie jako obserwatorzy.
Rzeczniczka Białego Domu podała, że w sumie udział zadeklarowało około 20 krajów, z przydziałem 5 miliardów dolarów na odbudowę, wobec 70 miliardów szacowanych przez ONZ.
Test politycznej lojalności dla Włoch
Słowa Leavitt komplikują sytuację włoskiego rządu reprezentowanego przez ministra spraw zagranicznych Tajaniego.
Pierwotnie planowano, że to premier Giorgia Meloni będzie reprezentować Włochy, aby utrzymać niską widoczność, jako jedyna licząca się postać polityczna wśród zachodnich przywódców.
Włoski rząd podkreśla jednak, że minister spraw zagranicznych jest "protagonistą w regionie śródziemnomorskim" i podobnie jak inni partnerzy regionalni, musi "siedzieć przy stole".
Tajani: "Pracujemy wyłącznie na rzecz pokoju"
Z Waszyngtonu Tajani tłumaczył, że udział Włoch nie oznacza faworyzowania żadnej strony konfliktu.
"Kraje takie jak Niemcy, Wielka Brytania, Norwegia i wiele innych państw europejskich uczestniczą jako obserwatorzy w spotkaniu poświęconym przyszłości Strefy Gazy. Pracujemy na rzecz pokoju. To nie jest kwestia bycia za kimś lub przeciwko komuś" - mówił.
Minister zaznaczył, że spotka się z wysokim przedstawicielem ds. odbudowy Strefy Gazy, Bułgarem Nikolayem Mladenovem, aby omówić możliwe działania.
Potwierdził również wysłanie włoskich karabinierów w celu przeszkolenia lokalnej policji.
"Włochy będą obecne przy odbudowie, ponieważ stabilizacja tego terytorium jest niezbędna, a region przecina strategiczne szlaki handlowe, istotne dla naszego kraju, począwszy od Morza Czerwonego" - dodał.
UE: "Nasz udział jest motywowany zobowiązaniem do zawieszenia broni, ale nie będziemy członkami zarządu"
Pomimo wątpliwości dotyczących zarządzania Radą, Unia Europejska zdecydowała się wziąć udział w spotkaniu, wysyłając na miejsce komisarz Dubravkę Šuicę.
Rzecznik Komisji, Guillaume Mercier, zaznaczył, że udział UE wynika z długotrwałego zaangażowania w wdrażanie zawieszenia broni w Strefie Gazy.
"Wierzymy, że mamy do odegrania ważną rolę" - dodał, podkreślając, że UE nie obejmie stałego miejsca w Radzie.
Według źródeł Euronews misja Šuicy spotkała się z krytyką części państw członkowskich.