Jedną z kluczowych obietnic węgierskiej transformacji było ujawnienie „teczek agentów”. Do dziś nie zapewniono pełnego dostępu do akt. Polskich i węgierskich historyków pytamy, jak ten proces przebiegał w obu krajach.
W krajach dawnej strefy wpływów ZSRR – także w Polsce i na Węgrzech – jednym z kluczowych zobowiązań transformacji była publikacja tzw. „teczek agentów”, czyli akt służby bezpieczeństwa.
W zjednoczonych Niemczech udostępnianiem akt dawnej Stasi zajmował się najpierw urząd Gaucka, a następnie Archiwum Federalne. W Czechach, w odniesieniu do dokumentów czechosłowackich służb, odpowiedzialność podzieliły między sobą Instytut Badań nad Reżimami Totalitarnymi (ÚSTR) i Archiwum Służb Bezpieczeństwa (ABS), na Słowacji zaś – Instytut Pamięci Narodowej (ÚPN). W Polsce analogiczną rolę pełni Instytut Pamięci Narodowej (IPN), na Węgrzech natomiast najpierw Urząd Historyczny (1997–2003), a następnie Archiwum Historyczne Służb Bezpieczeństwa Państwa (ÁBTL, od 2003 roku).
Większość z wymienionych instytucji podlega bezpośrednio władzy ustawodawczej. Ponieważ są podporządkowane parlamentowi, część historyków twierdzi, że o upublicznieniu akt – a także o tym, na ile proces ten był skuteczny – zdecydowano w drodze politycznej.
Na Węgrzech grupa badaczy, zgadzając się z dyrektorem Archiwum Historycznego Służb Bezpieczeństwa Państwa, które również podlega parlamentowi, kwestionuje tę tezę. Podkreślają, że zasadnicza część akt jest publicznie dostępna i nadaje się do badań. Pracownicy ÁBTL często podnoszą, że kwestia ujawniania dokumentów co pewien czas znów staje się gorącym tematem debaty publicznej i że politycy odbierają kontrolę nad tą kwestią specjalistom.
W kampanii wyborczej Partia TISZA obiecała, że zakończy ciągnącą się od zmiany ustroju, a do dziś nie w pełni zrealizowaną sprawę teczek agentów i ostatecznie udostępni akta służby bezpieczeństwa.
Péter Magyar jeszcze przed powstaniem rządu spotkał się z dyrektorem generalnym ÁBTL, Gergő Bendegúzem Csehem z którym uzgodnił, że nastąpi to 22 października, dzień przed 70. rocznicą rewolucji 1956 roku.
Jeden z wicepremierów, minister kierujący Kancelarią Premiera, Bálint Ruff, podczas przesłuchania przed komisją jako kandydat na ministra wskazał program ujawniania akt jako jedno ze swoich głównych zadań. Według komunikatów rządu TISZY sprawa ta jest uważana za jedno z głównych zaniechań okresu po zmianie ustroju. Ten rozdział ma zostać zamknięty, dlatego trwają już rozmowy między rządem a ÁBTL.
Spór polityczny czy kwestia dla historyków?
Historyk Krisztián Ungváry twierdzi, że zasadnicza część węgierskich akt nie podlega badaniom i że „wyłącznie względy polityczne” sprawiają, iż 36 lat po zmianie ustroju teczki agentów wciąż nie są bez ograniczeń dostępne – z wyjątkiem barier wynikających z ochrony dóbr osobistych ofiar. Jego zdaniem kluczowy dla „zakłamań węgierskiej sytuacji” jest artykuł III ustawy z 2003 roku, który wprowadza „całkowicie absurdalną” definicję pojęcia agenta. O problemie z ustawą, jak podkreśla Ungváry, najlepiej świadczy to, że na Węgrzech każdy agent, powołując się na ten przepis, wygrał dotąd proces przeciw osobom ujawniającym jego przeszłość.
Badacz wskazuje też na szczególną rolę Urzędu Ochrony Danych Osobowych i Wolności Informacji (NAIH) kierowanego przez Attilę Péterfalviego, który – jak mówi – interpretował przepisy o ochronie danych „arbitralnie i w sposób skrajnie jednostronny”. Według Ungváryego NAIH „stać nawet na to, by powołując się na «nieprawidłową praktykę anonimizacji» nałożyć sankcję na instytucję gromadzącą zbiory publiczne”. To po prostu absurd – dodaje – ponieważ od decyzji urzędu nie można się odwołać.
Znamienne jest także, że NAIH ukarał jedno z archiwów za brak regulaminu anonimizacji, mimo że żadna ustawa nie nakazuje posiadania takiego dokumentu, a jak się okazało, sam urząd również go nie miał.
Ungváry podkreśla, że dla przyszłego premiera kluczowe będzie osiągnięcie postępu w sprawie teczek agentów. Obecną sytuację uważa za „efekt perwersyjnej koalicji Fideszu i socjalistów”.
Gdy premier Péter Magyar poinformował, że odbył rozmowę z dyrektorem archiwum, Gergő Bendegúzem Csehem, poprosiliśmy archiwum o komentarz. Instytucja odmówiła, tłumacząc, że rozmowy między nią a przyszłym rządem dopiero się zaczęły, ale gdy pojawią się konkretne ustalenia, będzie do naszej dyspozycji.
Czy Węgrzy są zbyt niedojrzali by zmierzyć się z przeszłością?
Krisztián Ungváry uważa, że w rozpoczynającej się teraz pracy nie należy naśladować niemieckiego urzędu Gaucka, ponieważ wprowadza on w wielu przypadkach nieuzasadnione, asymetryczne ograniczenia. Między innymi nie umożliwia każdemu poznania danych osób współpracujących z siatką agentów, podczas gdy informacje o członkach dawnej NSDAP można badać bez takich ograniczeń. Jak dodaje, zwykły członek partii ponosi nieporównanie mniejszą odpowiedzialność niż dawny donosiciel Stasi. Zdaniem Ungváryego znacznie nowocześniejsze rozwiązania zostały przyjęte na Słowacji i w Czechach, gdzie w praktyce wszystko zostało swobodnie i w pełni ujawnione, a odpowiednie materiały są dostępne w wyszukiwarkach internetowych. Dodaje jednak, że stało się to pod określonymi warunkami:
„Te społeczeństwa z jakiegoś powodu okazały się na tyle dojrzałe, by nie włączał się w nich od razu odruch natychmiastowego osądzania i potępiania osób ujawnionych w aktach. Jeśli trzeba, potrafią dopytać, wejść w dialog i wywołać szerszą dyskusję. Zresztą na Węgrzech też nikt z agentów nie musiał dotąd obawiać się napiętnowania. Istvana Szabó (węgierskiego reżysera filmowego nagrodzonego Oscarem – red.) politycy z prawa i z lewa zapewniali o swojej sympatii, choć był wyjątkowo szkodliwym donosicielem” – podsumowuje.
Polska metoda: stopniowe rozliczenia
Po zmianie ustroju Polska również stanęła przed dylematem, jak traktować, interpretować i rozliczać dokumenty odchodzącego systemu, nie podkopując jednocześnie dopiero rodzącej się demokracji. Zamiast gwałtownego i całkowitego zerwania z przeszłością wybrano stopniową, kompromisową procedurę, której symbolem stała się tzw. „gruba kreska”. W praktyce oznaczało to ograniczenie możliwości natychmiastowego rozliczania czynów popełnionych w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL), a głównym celem stało się budowanie nowego ładu politycznego i gospodarczego.
Ujawnianie dokumentów dawnej służby bezpieczeństwa przebiegało stopniowo, przez co dostęp do zbiorów przez długi czas pozostawał ograniczony. Sama lustracja – czyli weryfikacja przeszłych powiązań osób publicznych z organami bezpieczeństwa państwa – podobnie jak na Węgrzech wywoływała gwałtowne spory w przestrzeni publicznej. Rzeczywista, systematyczna praca rozpoczęła się dopiero pod koniec lat 90., kiedy wprowadzono rozwiązania prawne pozwalające szerzej i bardziej regularnie badać przeszłość.
Profesor Robert Alberski z Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego podkreśla, że w Polsce problem został ujęty w ramy prawne: wraz z przyjęciem ustawy lustracyjnej i określeniem konkretnych procedur zakończyła się epoka „dzikiej lustracji” z lat 90. „Dziś, jeśli ktoś staje wobec konkretnych zarzutów, istnieje jasny mechanizm ich wyjaśniania – można odwołać się do sądu, a orzecznictwo doprecyzowuje, co było współpracą, a co nią nie było” – dodaje.
Polskie zbiory też nie zawsze były dostępne
Kluczowym etapem tego procesu było utworzenie Instytutu Pamięci Narodowej. Po zmianie ustroju IPN przejął zbiory służb bezpieczeństwa PRL, rozpoczął ich porządkowanie, analizę i stopniowe udostępnianie.
Maciej Korkuć, dyrektor krakowskiego oddziału IPN, mówi, że „powołanie Instytutu Pamięci Narodowej zasadniczo zmieniło możliwości prowadzenia sporów o PRL – uczyniło je opartymi na faktach”. Jak wyjaśnia, realne stało się badanie funkcjonowania dawnego systemu, a w jego ramach także tego, „jak działały służby specjalne i w jaki sposób werbowano ludzi”.
Jednocześnie walka o przejrzystość nie była łatwa, a sam proces nie przebiegał liniowo. W latach 90. dostęp do akt służby bezpieczeństwa był często ograniczany i selektywny.
„Akta znajdowały się już wówczas w dyspozycji Urzędu Ochrony Państwa. Teoretycznie powinny być dostępne” – mówi Korkuć – „w praktyce jednak zdarzało się, że z liczącej dwieście stron teczki badacz dostawał tylko część dokumentów, a resztę uznawano za nieistotną”. Jak dodaje, dawni funkcjonariusze służb „nadal mieli istotny wpływ na te materiały”.
Po przejęciu zbiorów IPN przez dekady pracował nad tym, by dokumenty rzeczywiście stawały się stopniowo dostępne. Nie był to jednak jednorazowy akt, lecz obarczony politycznymi zakrętami proces, który wciąż nie został zakończony. Historycy zwracają uwagę, że rozliczenie z państwowo-socjalistyczną przeszłością w Polsce również nie zostało domknięte, a choć duża część materiałów jest jawna, nie zamknięto w jednoznaczny sposób tego okresu.
Zdaniem Alberskiego znaczenie debaty wokół akt służby bezpieczeństwa stopniowo maleje. „Intensywność sporów o przeszłość naturalnie słabnie z powodów pokoleniowych” – mówi. „W aktywnej polityce jest coraz mniej osób, które odgrywały jakąś rolę już w latach 80., a dla młodszych pokoleń PRL jest już tylko historią” – dodaje.
Również tutaj nie doszło do pełnego rozliczenia
Równolegle ze zmianami politycznymi Polska przeszła głęboką transformację gospodarczą, która przebiegała w zmiennym tempie i w dużej mierze chaotycznie. Od końca lat 80. do przełomu tysiącleci codzienność i debaty publiczne zdominowały kwestie prywatyzacji, zmian własnościowych oraz budowy gospodarki rynkowej. Dyskusje toczyły się wokół braku przejrzystości procesów, błyskawicznego bogacenia się części osób i narastających nierówności społecznych.
Przez długi czas w życiu gospodarczym nie przeprowadzono szerokich, systemowych rozliczeń. Choć pojawiały się sejmowe komisje śledcze i prowadzono pojedyncze postępowania, nie wykształciła się spójna procedura. Jednym z problemów był ograniczony dostęp do wiedzy o mechanizmach funkcjonowania państwowego socjalizmu i jego strukturach gospodarczych.
Korkuć przypomina, że Instytut Pamięci Narodowej powołano właśnie dlatego, że potrzebna była „niezależna instytucja demokratycznego państwa”, która „przejmie archiwa i zapobiegnie ich wykorzystywaniu do celów politycznych”.
„Dzika transformacja” pozostała ważnym punktem odniesienia w polskiej debacie publicznej. Dla jednych był to czas modernizacji i koniecznych reform, dla innych – chaosu i dalszego wzrostu nierówności. Wobec braku całościowej oceny interpretacja tamtego okresu, także kilkadziesiąt lat po zmianie ustroju, nadal wpływa w Polsce na podziały polityczne i społeczne.