Instytut Pamięci Narodowej alarmuje, że handel artefaktami historycznymi staje się coraz częstszym zjawiskiem w Polsce i Europie. W odpowiedzi na oddolne protesty m.in. rodzin ofiar i organizacji społecznych uruchomił kampanię „Pamięć nie na sprzedaż".
Sprawa, która stała się jednym z przyczynków do dalszych działań, sięga marca 2026 roku. Na ukraińskim portalu aukcyjnym Violity wystawiono wówczas na sprzedaż Krzyż Srebrny Orderu Wojskowego Virtuti Militari z widocznym numerem 3353. Cena wywoławcza wynosiła 8000 hrywien (około 650 złotych).
Dzięki zachowanemu numerowi możliwe było ustalenie tożsamości odznaczonego. Okazało się, że jego właścicielem był kapitan Juliusz Roman Heinzel – potomek zasłużonej dla Łodzi rodziny fabrykanckiej, bohater wojny polsko-bolszewickiej oraz dowódca szwadronu 16. Pułku Ułanów Wielkopolskich.
Jak przypomniał Instytut Pamięci Narodowej w swoim wpisie na platformie X, we wrześniu 1939 roku Heinzel powrócił do służby wojskowej, po czym trafił do niewoli sowieckiej. Wiosną 1940 roku został zamordowany w piwnicach więzienia NKWD w Charkowie i pogrzebany w pobliżu wsi Piatichatki. Według IPN, podobny los spotkał wówczas około 3800 polskich oficerów.
Początkowo – po nawiązaniu kontaktu z rodziną oficera – rzecznik IPN, dr hab. Rafał Kościański, poinformował, że wystawiony na sprzedaż egzemplarz jest najprawdopodobniej falsyfikatem, skoro – jak przypuszczano – oryginał miał pozostawać w posiadaniu rodziny. Sprawa przybrała jednak nieoczekiwany obrót.
Zbigniew Nestorowicz, prezes Polskiego Stowarzyszenia Numizmatycznego, na podstawie analizy fotografii ocenił, że licytowany order jest autentyczny. Wskazywał na to detal w postaci orła zwieńczonego koroną, charakterystyczny dla odznaczeń sprzed II wojny światowej. Egzemplarz znajdujący się w rękach rodziny – wykonany po wojnie – okazał się natomiast odlewem z okresu Polski Ludowej, pozbawionym korony.
W tej sytuacji rodzina kapitana zwróciła się do IPN z prośbą o pomoc w odzyskaniu oryginalnego odznaczenia. Instytut zapewnił, że order zostanie przekazany do polskiej ambasady w Kijowie, a dalsze działania będą prowadzone we współpracy z rzecznikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Dom aukcyjny w Niemczech
Sprawa Heinzelа nie była pierwszą interwencją Instytutu Pamięci Narodowej.
Wcześniej IPN zareagował na aukcję zorganizowaną przez niemiecki dom aukcyjny Felzmann Auction House w Neuss, na której wystawiono na sprzedaż setki dokumentów związanych z systemem represji III Rzeszy.
Wśród nich znalazły się m.in. pamiątki osobiste należące do więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych oraz materiały dokumentujące losy ofiar i ich rodzin. Aukcja ta spotkała się z ostrym sprzeciwem instytucji zajmujących się badaniem historii II wojny światowej.
W związku z protestami aukcja została zatrzymana, o czym pisaliśmy w niemieckiej edycji portalu Euronews.
„Po raz drugi odebrano im godność"
Czy organizowanie tego rodzaju aukcji musi być z gruntu niemoralne? Nabywcy nie zawsze działają przecież w złej wierze.
„To sfera trudna do jednoznacznej oceny – każdy rozstrzyga ją we własnym sumieniu. Wydaje mi się jednak, że uczciwy kolekcjoner nie pyta przede wszystkim: ‘czy mogę?’, lecz raczej: ‘skąd pochodzi przedmiot, który chcę nabyć?’. W tym właśnie tkwi sedno problemu. Jeżeli właścicielem jest rodzina i to ona decyduje się na sprzedaż, ma do tego pełne prawo. Natomiast gdy w ofercie domów aukcyjnych pojawiają się różnego rodzaju dokumenty, ich kierownictwo powinno zapytać wystawiającego: skąd je posiada i czy ma tytuł prawny do ich sprzedaży” – komentuje prezes IPN, dr hab. Karol Polejowski, w rozmowie z Euronews, odnosząc się do moralnego wymiaru takich aukcji.
Prezes IPN zwrócił również uwagę, że w przypadku aukcji w Niemczech przedmiotem obrotu nie były wyłącznie oficjalne dokumenty wytworzone przez aparat represji III Rzeszy, lecz także pamiątki osobiste – rzeczy należące do ofiar.
„W tym przypadku ofiary zostały tych przedmiotów pozbawione w wyniku rabunku. Do domów aukcyjnych trafiają więc artefakty pochodzące z grabieży. Każdy powinien sam ocenić moralny wymiar takiej sytuacji” – stwierdził w rozmowie z Euronews.
Polejowski podkreśla przy tym, że handel pamiątkami po ofiarach to nie tylko kwestia prawna, lecz przede wszystkim etyczna. „Patrząc na to zjawisko, trzeba jasno powiedzieć, że godność tych osób zostaje naruszona po raz drugi. Obrót takimi przedmiotami oznacza bowiem w istocie handel pamięcią i cierpieniem” – dodał.
Pytany o możliwości interwencji, Karol Polejowski przyznaje, że Instytut Pamięci Narodowej nie dysponuje odpowiednimi narzędziami prawnymi.
„Ustawodawca, powołując IPN, nie wyposażył nas w tego rodzaju instrumenty, jednak naszym obowiązkiem jest reagować zawsze, gdy dochodzi do podobnych sytuacji” – powiedział w rozmowie z Euronews.
Instytut analizuje wówczas charakter wystawionych przedmiotów: sprawdza, czy pochodzą z okresu II wojny światowej, czy stanowią dokumentację zbrodni oraz czy wśród nich znajdują się prywatne pamiątki ofiar. W takich przypadkach podejmuje interwencję, domagając się wyjaśnienia ich pochodzenia oraz podstawy prawnej obrotu.
Zdaniem prezesa IPN kluczowe znaczenie mają sygnały napływające od obywateli.
„Najczęściej jesteśmy informowani nie tylko przez rodziny, które nagle odkrywają, że pamiątki po ich przodkach stały się przedmiotem komercjalizacji, lecz także przez stowarzyszenia, fundacje i osoby zaangażowane w pielęgnowanie pamięci historycznej” – podkreślił.
Jak zaznaczył, IPN otrzymuje rocznie kilkadziesiąt takich zgłoszeń, choć interweniuje jedynie w przypadkach jednoznacznie nagannych. „Nagłośnienie tego typu zjawisk ma ogromne znaczenie – stanowi formę nacisku na domy aukcyjne, skłaniając je do refleksji nad moralnym wymiarem ich działań” – dodał.
Kiedy udział prokuratury?
O tym, że część spraw wykracza poza możliwości interwencji dyplomatycznych, mówiła w rozmowie z Euronews dyrektor Archiwum IPN, Marzena Kruk. Wyjaśniła, że na aukcjach pojawiają się niekiedy dokumenty, które z mocy prawa powinny wchodzić w skład zasobu archiwalnego Instytutu – a więc materiały wytworzone przez instytucje państw okupacyjnych oraz aparat represji III Rzeszy i Związku Sowieckiego. „Jeżeli tego typu rzeczy pojawiają się na aukcjach i mamy o tym wiedzę, zawiadamiamy prokuratora” – podkreśliła.
Jak relacjonowała Kruk, jeden z takich przypadków zakończył się powodzeniem. Znaczna grupa dokumentów wytworzonych przez instytucje okupacyjne, wystawionych na aukcji internetowej, została zabezpieczona przez prokuraturę i ostatecznie trafiła do zasobu archiwalnego IPN. „W tym przypadku nie było żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z dokumentami instytucjonalnymi, a nie prywatnymi” – zaznaczyła.
Dyrektor archiwum przytoczyła również przykłady bardziej nieoczekiwanych okoliczności, w jakich historyczne materiały trafiają do Instytutu.
Jedna z Polek pracujących w Niemczech znalazła na śmietniku kilka albumów fotograficznych. Rozpoznała, że przedstawione na nich sceny pochodzą z Polski, i postanowiła je zachować. Jak się później okazało, były to zdjęcia wykonane przez oficera armii niemieckiej, przebywającego na terenie Polski od września 1939 roku do połowy 1940 roku.
Archiwum Pełne Pamięci
Kampania „Pamięć nie na sprzedaż" zachęca do przekazywania rodzinnych pamiątek do Archiwum Pełnego Pamięci IPN, projektu działającego od 2017 roku. Dotychczas swoje zbiory zdeponowało ponad 3000 darczyńców z kraju i zagranicy.
Polejowski informuje, że IPN nie wypłaca honorariów za deponowanie pamiątek. „Głęboko wierzymy w to, że pamięć – w Polsce, ale też poza jej granicami – jest czymś niezwykle ważnym, bo na tej pamięci budujemy to, kim dzisiaj jesteśmy” – powiedział w rozmowie z Euronews. Pytany, czy trudno jest wycenić takie zbiory, przyznał: „To prawda – trudno to wycenić. My się tym zajmujemy, konserwujemy to, nie pozwalamy temu zaniknąć”.
Wystawa w Przystanku Historii
Kampanii towarzyszy darmowa wystawa w Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki przy ul. Marszałkowskiej 21/25 w Warszawie. Prezentowane są tam artefakty zdeponowane przez rodziny ofiar – nie przejęte z aukcji, lecz przekazane dobrowolnie.
Marzena Kruk podczas konferencji opowiadała o historii gen. Stefana Dembińskiego, który opuszczając Polskę we wrześniu 1939 roku zabrał ze sobą garść ojczystej ziemi. Nigdy nie było mu dane wrócić – grudka ziemi towarzyszyła mu aż do śmierci na emigracji. Kilka lat temu jego synowa przekazała ją do IPN. Na wystawie można też zobaczyć dokumenty, zdjęcia i odznaczenia żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza Mieczysława Klekota, który – przeczuwając, co nadejdzie – przed wojną włożył do bańki na mleko i zakopał swój medal Virtuti Militari. Wydobyto go z ziemi kilka lat temu.
Są też ostatnie listy ojców zamordowanych w Katyniu, przechowywane przez dzieci przez całe życie.
„Każda ta historia jest wyjątkowa, każda jest ważna i każdą chcemy ocalić" – mówiła Marzena Kruk. - „Pamięć jest naszym zadaniem, misją i zobowiązaniem wobec tych, którzy byli przed nami”.