Jak donoszą media, za kadencji szefa dyplomacji Pétera Szijjártó klasyczni dyplomaci byli stopniowo odsuwani, a resort zapełniali ludzie z układami, często lepiej opłacani.
Péter Szijjártó bardziej ufał osobistym znajomościom i rekomendacjom niż rzeczywistym kompetencjom – taki obraz wyłania się z relacji pracowników węgierskiego MSZ, którzy anonimowo rozmawiali z dziennikarzami portalu 444.
Między 2014 a 2026 rokiem wymieniło się około 75 proc. pracowników ministerstwa.
Klasyczny zawodowy dyplomata to urzędnik służby zagranicznej, który trafia do ministerstwa nie jako polityczny nominat, lecz przygotowuje się do pracy dyplomatycznej, zdobywa wymagane kwalifikacje, a potem krok po kroku przechodzi kolejne szczeble kariery.
Według źródeł portalu 444, Szijjártó wielokrotnie powtarzał, że w kierowanym przez niego resorcie takich dyplomatów nie będzie.
W środowisku dyplomatycznym tłumaczono to częściowo tym, że sam Szijjártó nie dostał fotela ministra z korpusu dyplomatycznego: do szczytu węgierskiego MSZ dotarł przez młodzieżówkę Fidelitas, funkcję rzecznika premiera i stanowisko sekretarza stanu. Klasyczną pracę dyplomatyczną, jak twierdzą rozmówcy, uważał za mniej istotną niż relacje gospodarcze z zagranicą.
To podejście wyraźnie widać było zarówno w polityce, jak i w mediach społecznościowych. W komunikacji ministra znacznie większy nacisk kładziono na ogłaszanie nowych fabryk, inwestycji i umów gospodarczych oraz przecinanie wstęg w kaskach ochronnych niż na tradycyjne rozmowy dyplomatyczne. Jak mówił sam Szijjártó, „węgierska polityka zagraniczna musi służyć gospodarczym interesom kraju”, a ten cel jego zdaniem trzeba realizować także na poziomie firm.
Polityka zagraniczna nie funkcjonuje jednak bez sprawnego aparatu dyplomatycznego. Równolegle w samym ministerstwie zaczął się więc głęboki przegląd kadr.
Futsaliści, politycy i powiązania z NER
Z relacji źródeł portalu wynika, że obok kolegów z futsalu i innych sportowców w ministerstwie pojawiało się coraz więcej młodych ludzi związanych z organizacją Fidelitas lub z MCC, przedsiębiorców z kręgu NER oraz dzieci polityków Fideszu. Kilka osób mówiło wprost: „po prostu zadzwonił telefon z poleceniem, że trzeba kogoś zatrudnić”.
W ostatniej kadencji rządu, jak twierdzą rozmówcy, sytuacja jeszcze się zaostrzyła. Dawna szefowa gabinetu Szijjártó, Eszter Gyarmati – która przyszła z klubu piłkarskiego Újpest FC – została administracyjnym sekretarzem stanu. Po jej przyjściu wewnętrzne napięcia jeszcze się nasiliły, a „rozliczenia z szukaniem kozła ofiarnego” weszły na nowy poziom.
Polityczne i osobiste powiązania nie były jednak widoczne tylko w budapeszteńskiej centrali. Przy obsadzaniu placówek zagranicznych coraz częściej zamiast tradycyjnej procedury konkursowej pojawiało się „wyznaczenie” konkretnej osoby.
Konkursy i „konkursy”
Zgodnie z praktyką służby zagranicznej nabór na placówki dyplomatyczne ogłasza się zazwyczaj latem, aby obsadzić stanowiska, które zwolnią się w kolejnym roku. Przewidziane są też konkursy nadzwyczajne, na przykład gdy kogoś przed czasem odwołuje się z ambasady albo z przyczyn osobistych zwalnia się dane miejsce.
Jednak za kadencji Szijjártó, jak relacjonują źródła, coraz częściej zdarzało się, że w rozstrzygnięciu konkursu zamiast nazwiska zwycięzcy pojawiało się słowo „wyznaczenie”. Oznaczało to, że choć na dane stanowisko zgłaszało się 10–12 pracowników służby zagranicznej, ostatecznie posadę dostawała osoba wybrana spoza grona kandydatów.
Według osób dobrze znających funkcjonowanie resortu często z góry było wiadomo, kto zostanie wybrany. Konkurs ogłaszano w takich przypadkach głównie dla pozorów, by wyglądało na to, że o zagraniczne placówki toczy się prawdziwa rywalizacja. Później jednak nie zawsze dbano nawet o tę fasadę: część stanowisk w ogóle nie była ogłaszana, a nazwisko „wyznaczonego” dyplomaty pojawiało się dopiero przy publikacji wyników.
Dane, które portal 444 uzyskał z MSZ w trybie wniosku o dostęp do informacji publicznej, częściowo potwierdzają dużą rolę wyznaczeń. W latach 2022–2026 ogłoszono łącznie 3177 konkursów na służbę zagraniczną. W 1502 przypadkach dyplomatę wybrano w zwykłym trybie konkursowym, natomiast w 919 przypadkach decyzję podjęto bez konkursu, poprzez wyznaczenie.
Oznacza to, że w ciągu zaledwie czterech lat kierownictwo ministerstwa niemal tysiąc razy zdecydowało, iż zamiast konkursu samo wskaże, kto i dokąd pojedzie na placówkę. W tej liczbie nie uwzględniono przy tym żadnych nominacji na służbę zagraniczną z lat 2014–2022.
Dla dyplomatów kariery coraz częściej zostawały głównie takie placówki, które wiązały się z trudnym egzaminem konsularnym albo mniej atrakcyjnym krajem. Do dużych miast Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, jak mówią źródła, niemal nie dało się już dostać w zwykłym trybie konkursowym.
„Na takie placówki ktoś trafiał w wyniku konkursu tylko wtedy, gdy w systemie pojawił się błąd” – stwierdził jeden z rozmówców.
Kto dostawał najlepsze placówki?
W ministerstwie ruszyło lub wyraźnie przyspieszyło wiele karier dyplomatycznych, które w klasycznym modelu służby zagranicznej wcale nie musiałyby się tak potoczyć.
Córka polityka Fideszu Szilárda Németha, z wykształcenia nauczycielka śpiewu, została na przykład konsulem w Kuala Lumpur. Córka byłego prezydenta Pála Schmitta pełniła wcześniej funkcję konsula na Florydzie, a jego siostrzeniec został konsulem generalnym w Szanghaju, po czym trafił do Waszyngtonu.
István Pálffy, dawny prezenter telewizyjny i poseł KDNP, był ambasadorem w Dublinie w latach 2015–2020. Prezenter telewizyjno-radiowy Jenő Csiszár otrzymał z kolei stanowisko konsula generalnego w Mediolanie, po tym jak otwarcie poparł Fidesz i Viktora Orbána.
Posłanka Fideszu Zsófia Koncz trafiła do Ministerstwa Gospodarki Zagranicznej i Spraw Zagranicznych w 2016 roku, a już rok później dostała polityczne zlecenie pracy w ambasadzie Węgier w Waszyngtonie. Jej ówczesny mąż, Dávid Kun, został tam attaché ds. gospodarczych.
Zsolt Csenger-Zalán, były wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych parlamentu i poseł Fideszu, został ambasadorem w Canberze. László Zsolt Szabó, były dyrektor generalny nadawcy publicznego MTVA, objął ambasadę w Nowej Zelandii, a później tę samą funkcję powierzono także byłemu burmistrzowi I dzielnicy Budapesztu z ramienia Fideszu, Gáborowi Tamásowi Nagyemu.
Zsófia Gyombolyai, specjalistka ds. komunikacji w drużynie futsalowej Szijjártó, również zrobiła karierę dyplomatyczną: najpierw była attaché prasową w Canberze, później trafiła do Suboticy. Kuzyn Viktora Orbána został z kolei ambasadorem w Kolumbii.
Same te przykłady nie dowodzą automatycznie, że każda nominacja była czysto polityczna. Źródła pracujące w ministerstwie spraw zagranicznych podkreślają jednak, że za czasów Szijjártó osobiste i partyjne powiązania odgrywały znacznie większą rolę niż wcześniej.
Co więcej, większość osób „wyznaczonych” zatrudniano na podstawie kodeksu pracy, podczas gdy na dyplomatów kariery stosowano przepisy ustawy o administracji rządowej. Na pierwszy rzut oka to tylko techniczna różnica, w praktyce jednak oznaczała poważne, sięgające kilkuset tysięcy forintów miesięcznie różnice w wynagrodzeniu.
Poziom przygotowania zawodowego nowo zatrudnionych był „bardzo zróżnicowany”. Zdarzały się dobrze pracujące wyjątki, ale byli też tacy, których dokumenty musieli przeglądać, poprawiać i wręcz „podrasowywać” bardziej doświadczeni dyplomaci. Bywało więc, że dyplomata kariery bez politycznego zaplecza korygował materiały przygotowane przez „kolegę z układu”, który zarabiał od niego znacznie więcej.
Nierzadko nie wiedzieli, gdzie są
Oprócz różnic płacowych problemem okazał się także brak „obycia” w resorcie. Według źródeł część nowo mianowanych dyplomatów słabo znała funkcjonowanie ministerstwa, rolę poszczególnych departamentów terytorialnych i merytorycznych, a nawet podstawy sporządzania solidnego raportu dyplomatycznego.
Dlatego jednostki organizacyjne w centrali często po cichu przerabiały i poprawiały napływające raporty, zanim trafiły one do kierownictwa lub innych ministerstw.
Problemy występowały także na poziomie kierownictwa placówek. Kilku rozmówców z MSZ opowiadało, że część ambasadorów i innych szefów misji, wykorzystując osobiste kontakty, omawiała najważniejsze sprawy bezpośrednio z gabinetem ministra, z pominięciem właściwych departamentów merytorycznych.
Nie trzeba ich było nawet zwalniać
Służba zagraniczna oznaczała z reguły zatrudnienie na czas określony, standardowo na cztery lata. Po upływie tego okresu dyplomata w ciągu 1–3 miesięcy przygotowawczych musiał znaleźć w ministerstwie nowe stanowisko w kraju.
Innymi słowy, po zakończeniu pracy na placówce dyplomata nie wracał automatycznie do poprzedniej jednostki, lecz w pewnym sensie sam miał sobie znaleźć kolejną posadę.
Według źródeł system ten działał na dwa sposoby. Ci, którzy szykowali się do kolejnej służby zagranicznej, mieli czas, by ukończyć potrzebne kursy, zdać egzaminy i przygotować się do pracy w następnym kraju. Dla osób, których nie chciano już w resorcie, ten sam okres służył temu, by nie znalazły dla siebie odpowiedniego stanowiska.
W takim przypadku ich stosunek pracy po prostu wygasał. Nie trzeba było przeprowadzać formalnego zwolnienia, a ewentualna odprawa – zależna od długości zatrudnienia – była liczona na podstawie niższego wynagrodzenia z okresu przygotowawczego.
„W takim systemie możesz utrzymać się w środku tylko wtedy, gdy potrafisz lobbować od stanowiska do stanowiska albo gdy ktoś z góry toruje ci drogę” – powiedział jeden z rozmówców.
Ci, którzy mimo wszystko wracali do budapeszteńskiej centrali, często nie dostawali stanowiska odpowiadającego ich doświadczeniu i zarabiali zaledwie 400–500 tys. forintów miesięcznie. To mniej niż w innych resortach.
Takie zarobki rodziły nie tylko frustrację pracowników, lecz także obawy z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, bo pracownicy służby zagranicznej są dla obcych służb specjalnych wyjątkowo atrakcyjnym celem.
Rząd sam wcześniej dostrzegł ten problem: kilka lat temu zarezerwowano znaczące środki na podwyżki dla pracowników MSZ. Ostatecznie jednak nie wszyscy z tej puli skorzystali.
W efekcie powstała patowa sytuacja: dla klasycznego dyplomaty kariery niepewne stało się zarówno zdobycie placówki, jak i znalezienie pracy po powrocie oraz poziom wynagrodzenia w kraju, podczas gdy osoby przychodzące dzięki znajomościom otrzymywały lepsze stanowiska i wyższe pensje. Pozostaje pytanie, na ile Anita Orbán i rząd partii TISZA będą w stanie zerwać z praktykami, które utrwaliły się przez ostatnie 12 lat.