Ostatnie lata przyniosły coraz częstsze napięcia w relacjach USA–Izrael. Wojna w Gazie, kryzys irański, polityka osadnicza i zmiany w USA okresowo zaostrzają spór.
Codzienne spory łatwo przesłaniają szerszą perspektywę: relacje dwóch państw wykraczają daleko poza rutynową współpracę dyplomatyczną. Stały się jednym z najciekawszych i najtrwalszych sojuszy strategicznych epoki po II wojnie światowej. Liczne kryzysy, wojny i zwroty polityczne nie zdołały go zerwać, choć nieraz nim wstrząsały. Mimo to nawet w najtrudniejszych momentach udawało się znaleźć jakieś rozwiązanie, choć z każdym razem przychodziło to coraz trudniej.
USA i Izrael. Prawie 80 lat wspólnej historii
Z zewnątrz relacje Izraela ze Stanami Zjednoczonymi często opisuje się po prostu jako sojusz, w rzeczywistości to jednak znacznie bardziej złożona historia. Ten układ przetrwał kryzys sueski, wojnę Jom Kippur, embargo naftowe, wojny w Libanie, intifady, wojnę w Iraku, spór o irański program nuklearny oraz wszystkie zmiany rządów w USA i w Izraelu.
Obecne napięcia i spory – wokół Iranu i Libanu – są realne i rzeczywiście ostre. W ujęciu historycznym wcale jednak nie są bezprecedensowe.
Historia ostatnich 78 lat pokazuje, że relacje Waszyngtonu z Jerozolimą zmieniają się cyklicznie: okresy zbliżenia przeplatają się z fazami sporów, a czasem wręcz otwartych konfliktów. Za tym wszystkim stoi jednak tak głęboko zakorzeniona sieć powiązań strategicznych, wojskowych, technologicznych i społecznych, że żadnemu kryzysowi ani żadnemu pokoleniu polityków nie udało się jej łatwo rozmontować.
Dlatego dziś pytanie nie brzmi, czy sojusz się rozpadnie. Chodzi raczej o to, w jaki sposób wyzwania XXI wieku – wzrost potęgi Chin, polaryzacja amerykańskiej sceny wewnętrznej, rola Iranu w regionie oraz przeobrażenia Bliskiego Wschodu – przekształcą relację, która stała się jedną z najważniejszych geopolitycznych osi okresu po II wojnie światowej.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia
Wbrew obiegowym wyobrażeniom relacje Izraela ze Stanami Zjednoczonymi nie zaczynały się jako oczywisty, „naturalny” sojusz. Gdy 14 maja 1948 roku Dawid Ben Gurion ogłosił niepodległość Izraela, USA co prawda jako jedne z pierwszych uznały nowe państwo, ale w Waszyngtonie panowała atmosfera daleka od jednomyślności.
Prezydent Harry S. Truman osobiście popierał powstanie Izraela, ale znaczna część Departamentu Stanu i Pentagonu była temu przeciwna. Amerykańscy strategowie obawiali się, że wsparcie dla nowego państwa żydowskiego zrazi kraje arabskie, zagrozi dostawom ropy i wzmocni wpływy Związku Radzieckiego. Tak właśnie się stało, dlatego w pierwszej fazie zimnej wojny Izrael wcale nie był dla Waszyngtonu partnerem numer jeden na Bliskim Wschodzie.
W latach 50. Stany Zjednoczone opierały się raczej na takich krajach jak Arabia Saudyjska, Iran czy Turcja. Znaczna część wsparcia wojskowego dla Izraela napływała wtedy z Francji i to nie Waszyngton, lecz przede wszystkim Paryż pomagał przy budowie pierwszej izraelskiej broni jądrowej.
Pierwsze pęknięcie: kryzys sueski
W 1956 roku, podczas kryzysu sueskiego, Izrael wspólnie z Francją i Wielką Brytanią zaatakował Egipt. Z dzisiejszej perspektywy może zaskakiwać, że Waszyngton nie stanął wtedy po stronie Izraela.
W centrum kryzysu znajdował się Kanał Sueski, który latem 1956 roku znacjonalizował Gamal Abdel Naser. Londyn i Paryż obawiały się utraty wpływów nad tą strategiczną drogą wodną, a Izrael szykował się do operacji wojskowej w odpowiedzi na zbrojne ataki z terytorium Egiptu. Trzy państwa zawarły tajne porozumienie: Izrael uderzy na Egipt, a Wielka Brytania i Francja, powołując się na konieczność zatrzymania walk, wkroczą i przejmą kontrolę nad kanałem.
Plan zadziałał pod względem wojskowym, ale poniósł klęskę polityczną, bo zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki sprzeciwiły się tej operacji. Administracja Dwighta D. Eisenhowera wywarła silną presję na agresorów i ostatecznie zmusiła ich do odwrotu.
Było to pierwsze poważne przypomnienie, że w relacjach amerykańsko-izraelskich zawsze istniała zasadnicza asymetria: dla Izraela Stany Zjednoczone były partnerem kluczowym, dla USA Izrael pozostawał jednym z wielu czynników na Bliskim Wschodzie – choć należał do najważniejszych.
Wojna sześciodniowa zmieniła wszystko
Prawdziwy przełom przyniosła wojna z 1967 roku, gdy Izrael w ciągu sześciu dni pokonał Egipt, Jordanię i Syrię, a także zajął Półwysep Synaj, Zachodni Brzeg, wschodnią Jerozolimę i Wzgórza Golan.
Wtedy w Waszyngtonie stało się jasne, że Izrael to nie tylko małe, narażone na atak państwo, lecz bardzo sprawna siła militarna.
W tamtej fazie zimnej wojny miało to szczególne znaczenie. Związek Radziecki wspierał Egipt, Syrię i szerzej – reżimy arabskie, natomiast Izrael jawił się jako państwo zorientowane na Zachód, zdolne pokonywać armie uzbrojone w sowiecką broń. W Białym Domu zaczęto więc postrzegać go coraz bardziej jako atut strategiczny.
Kissinger i Golda Meir: kulisy wojny Jom Kippur
Jednym z najciekawszych rozdziałów w historii relacji amerykańsko-izraelskich była współpraca Henry’ego Kissingera i Goldy Meir podczas wojny Jom Kippur w 1973 roku. Oboje różnili się niemal pod każdym względem. Kissinger był zafiksowanym na równowadze sił strategiem zimnej wojny, który przesuwał figury na globalnej szachownicy. Golda Meir, kierowana pamięcią o Holokauście i poczuciem kruchości Izraela, patrzyła na każde zagadnienie przede wszystkim z perspektywy przetrwania państwa.
W pierwszych dniach wojny sytuacja Izraela była znacznie gorsza, niż wielu dziś sądzi. Egipski i syryjski atak zaskoczył izraelskie kierownictwo, na frontach pojawiły się ciężkie straty, a w gabinecie Goldy Meir część ministrów obawiała się, że kraj stoi przed najpoważniejszą klęską militarną w swoich dziejach. Później ujawniono relacje, według których izraelskie władze rozważały nawet użycie opcji nuklearnej jako ostatecznego środka.
Golda Meir desperacko zabiegała o pomoc Waszyngtonu, ale Kissinger początkowo się wahał. Nie dlatego, że nie chciał wesprzeć Izraela, lecz z obawy, że zbyt szybka i demonstracyjna interwencja USA może wywołać bezpośrednią reakcję ZSRR. Przez kilka dni trwało dyplomatyczne przeciąganie liny, podczas gdy zapasy amunicji i części zamiennych w izraelskiej armii niebezpiecznie topniały.
Przełomem było uruchomienie amerykańskiego mostu powietrznego, operacji Nickel Grass. Tysiące samolotów transportowych USA dostarczały do Izraela tonami uzbrojenie, co w dużej mierze umożliwiło izraelskiej armii odzyskanie inicjatywy. Golda Meir wielokrotnie podkreślała później, że była to jedna z najważniejszych decyzji USA w historii Izraela.
Ich relacje bynajmniej nie były jednak pozbawione napięć. Kissinger często skarżył się, że izraelscy przywódcy wywierają na Waszyngton zbyt silną presję, z kolei Golda Meir wielokrotnie miała poczucie, że Amerykanie nie rozumieją egzystencjalnych lęków Izraela. Według słynnej anegdoty Kissinger zażartował kiedyś: „Najpierw jestem Amerykaninem, dopiero potem sekretarzem stanu, a dopiero na trzecim miejscu Żydem”. Na co Golda Meir odpowiedziała: „U nas czytamy od prawej do lewej”. Ta historia dobrze oddaje nastrój i sposób myślenia, który towarzyszył stosunkom obojga przywódców.
Po wojnie to właśnie Kissinger przez wiele miesięcy prowadził na Bliskim Wschodzie tak zwaną „dyplomację wahadłową”, doprowadzając do zawieszeń broni i porozumień o rozdzieleniu wojsk, które cztery lata później utorowały drogę do pokoju egipsko-izraelskiego. Wielu historyków uważa, że to właśnie wtedy ugruntowało się nowoczesne strategiczne partnerstwo amerykańsko-izraelskie.
Wojna ujawniła jednak także ciemną stronę tych relacji: państwa arabskie ogłosiły embargo naftowe, co wywołało globalny kryzys gospodarczy. Od tego momentu Waszyngton starał się jednocześnie wspierać Izrael i utrzymywać wyważone stosunki ze światem arabskim.
Izrael jako „lotniskowiec” USA
Po zwycięstwie w 1973 roku wśród amerykańskich strategów zyskiwała na popularności teza, że Izrael jest w istocie amerykańskim lotniskowcem, którego nie da się zatopić, zakotwiczonym na Bliskim Wschodzie. Porównanie nie było precyzyjne, ale dobrze oddawało zmianę sposobu myślenia.
Podstawą takiego myślenia był fakt, że Izrael jest stabilną, prozachodnią demokracją w niezwykle niestabilnym regionie, rządzonym przez autorytarne reżimy i naznaczonym obecnością siatek terrorystycznych. Jego armia zdobywała nieprzerwanie doświadczenie bojowe, a wywiad wszedł do światowej czołówki. Siły zbrojne i służby USA regularnie analizowały izraelskie doświadczenia w walce z terroryzmem, w obronie przeciwlotniczej, operacjach specjalnych czy walkach w terenie zurbanizowanym.
Relacje nie były jednak wolne od napięć. W 1981 roku Izrael, mimo sprzeciwu administracji USA, zbombardował iracki reaktor jądrowy w ramach operacji Opera. Rok później poważne tarcia wywołała wojna w Libanie. W czasie pierwszej wojny w Zatoce, w 1991 roku, Stany Zjednoczone wprost zwróciły się do Izraela, by nie odpowiadał na irackie ataki rakietowe, ponieważ groziłoby to rozpadem arabskiej koalicji. Jerozolima ostatecznie przystała na tę prośbę, co dla wielu Izraelczyków było niezwykle trudne, bo na kraj spadały rakiety, a armia nie mogła reagować.
Złota era amerykańskiej pomocy
Pod koniec zimnej wojny Stany Zjednoczone stały się najważniejszym partnerem wojskowym Izraela, a coroczna amerykańska pomoc osiągnęła wartość wielu miliardów dolarów. Dzięki niej powstały lub rozwinęły się takie systemy jak Arrow 2 i Arrow 3, Proca Dawida czy Żelazna Kopuła.
To wsparcie nie było jednak jednokierunkowe. Amerykański przemysł zbrojeniowy i armia również korzystały z izraelskich innowacji, technologii i doświadczeń bojowych. Coraz bardziej zaawansowane systemy obrony powietrznej znalazły też nabywców na rynkach europejskich – m.in. w Niemczech i Finlandii – w kontraktach liczonych w miliardach euro.
Równolegle sojusz amerykańsko-izraelski zyskał wyjątkowy wymiar nie tylko strategiczny, lecz także społeczny i polityczny. Niewiele państw ma tak silne zakorzenienie w systemie politycznym USA jak Izrael. Przez dziesięciolecia istotną rolę w zacieśnianiu więzi odgrywała amerykańska społeczność żydowska, a z czasem do grona kluczowych sojuszników Izraela dołączyły wpływowe ruchy ewangelikalnych chrześcijan. Tym samym relacje wyszły poza sferę polityki zagranicznej i stały się elementem amerykańskiej polityki wewnętrznej.
Pojawiają się pęknięcia
W poprzednich dekadach poparcie dla Izraela było w Waszyngtonie niemal całkowicie ponadpartyjne i rzadko kto poważnie je kwestionował w Kongresie.
Od początku XXI wieku, wraz z narastającym podziałem społeczeństwa amerykańskiego, zaczęły się jednak nowe procesy. W Partii Demokratycznej stopniowo rosła frakcja krytyczna wobec Izraela, podczas gdy republikanie domagali się dla Jerozolimy jeszcze mocniejszego wsparcia.
Wymownym przykładem był otwarty konflikt polityczny między Benjaminem Netanjahu a Barackiem Obamą wokół porozumienia nuklearnego z Iranem (JCPOA). Izraelski premier ostatecznie doprowadził do tego, że Donald Trump wycofał Stany Zjednoczone z układu.
Joe Biden i wojna w Gazie: polityka wsparcia i hamowania
Jeśli ktoś kiedyś opisze historię relacji amerykańsko-izraelskich w latach 20. XXI wieku, z pewnością poświęci osobny rozdział polityce Joe Bidena wobec wojny w Gazie.
Biden przez dziesięciolecia uchodził w Waszyngtonie za jednego z najbardziej oddanych sojuszników Izraela. Już jako senator lubił powtarzać, że gdyby Izrael nie istniał, Stany Zjednoczone musiałyby stworzyć na Bliskim Wschodzie takiego partnera. Po ataku Hamasu z 7 października 2023 roku niemal bez precedensu szybko stanął po stronie Izraela: wysłał na miejsce grupy uderzeniowe lotniskowców, zatwierdził dostawy broni i osobiście przyleciał do Izraela.
Problem w tym, że Biden próbował równocześnie realizować dwa częściowo sprzeczne cele. Z jednej strony chciał utrzymać wsparcie wojskowe dla Izraela i odstraszyć Iran, Hezbollah oraz innych aktorów regionalnych. Z drugiej – narastała presja ze strony lewego skrzydła Partii Demokratycznej, organizacji praw człowieka i części opinii międzynarodowej, oburzonych skalą ofiar cywilnych w Gazie.
W efekcie powstało wrażenie, że Waszyngton jednocześnie naciska gaz i hamulec. Przez kolejne miesiące administracja kontynuowała dostawy broni, a równocześnie coraz ostrzej publicznie krytykowała izraelskie operacje wojskowe.
W pewnych momentach prezydent blokował konkretne operacje lub użycie określonych rodzajów uzbrojenia. Podkreślał prawo Izraela do samoobrony, a jednocześnie domagał się zawieszeń broni, korytarzy humanitarnych i ograniczenia działań zbrojnych, przy czym realizację wielu z tych postulatów pozostawiał głównie państwom regionu. Sprzeciwiał się utrzymaniu władzy Hamasu, ale coraz częściej krytykował decyzje izraelskiego rządu o likwidacji przywódców tej organizacji, bo operacjom tym towarzyszyły poważne straty wśród ludności cywilnej.
Dylemat był widoczny także wewnątrz Białego Domu. Znaczna część aparatu bezpieczeństwa narodowego obawiała się, że całkowite zerwanie z Netanjahu przyniosłoby poważne szkody strategiczne, podczas gdy doradcy polityczni ostrzegali, że wśród młodszych wyborców Partii Demokratycznej wizerunek Izraela gwałtownie się pogarsza.
W efekcie ukształtowała się polityka, która nie satysfakcjonowała ani izraelskich władz, ani zwolenników sprawy palestyńskiej. W Jerozolimie wielu polityków miało poczucie, że Waszyngton nie wspiera wystarczająco celów wojennych, natomiast lewicowi krytycy Bidena uważali, że prezydent zbyt długo i zbyt bezwarunkowo stał po stronie Izraela.
Z perspektywy historycznej Biden jest jednym z pierwszych prezydentów USA, którzy musieli równoważyć nie tylko układ sił na Bliskim Wschodzie, ale także nastroje we własnej partii. To nowość w dziejach relacji amerykańsko-izraelskich. Coraz częściej spór toczy się nie tyle między Waszyngtonem a Jerozolimą, ile w samych Stanach Zjednoczonych – o to, czym w XXI wieku ma być poparcie dla Izraela i jak daleko powinna sięgać amerykańska gotowość do zaangażowania.