Dziesięć lat po Brexicie Bruksela znów wybrała milczenie. Tym razem w Islandii, gdzie wyborcy odrzucili wznowienie rozmów akcesyjnych z UE. Czy europejscy przywódcy popełniają ten sam błąd, pozwalając przeciwnikom Unii narzucać narrację o suwerenności?
Dziesięć lat po Brexicie europejscy przywódcy znów zachowali milczenie w sprawie przełomowego referendum dotyczącego członkostwa w UE. Pokazuje to, jak niewiele Bruksela wyciągnęła z własnych błędów.
W niedzielę unijni urzędnicy przyjęli do wiadomości wynik referendum, w którym Islandczycy opowiedzieli się przeciw wznowieniu negocjacji akcesyjnych z UE. Głosowanie rozstrzygnęło się niewielką różnicą: 52,8 proc. głosujących było przeciw, a 47,2 proc. za. Reakcja Brukseli była co najwyżej powściągliwa.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen nie zabrała publicznie głosu, pozostawiając anonimowemu rzecznikowi jedynie stwierdzenie, że Bruksela „przyjęła do wiadomości” wyniki referendum.
Przewodniczący Rady Europejskiej António Costa był jednym z nielicznych unijnych przywódców, którzy przerwali milczenie. Za pośrednictwem swojego rzecznika przekazał, że „UE w pełni szanuje demokratyczny wybór narodu islandzkiego w dzisiejszym referendum. Islandia pozostaje jednym z najbliższych i najbardziej wiarygodnych partnerów Unii”.
Ta wstrzemięźliwość była zgodna z postawą Komisji Europejskiej podczas całej kampanii, kiedy pozostawała ona w cieniu. Rodzi to pytanie, czy instytucjonalny odruch neutralności nie okazuje się politycznie autodestrukcyjny, gdy głosowanie dotyczy samej Unii.
„Mieliśmy bardzo ostrą kampanię. W grę wchodziły duże pieniądze. Można było wręcz usłyszeć echo Brexitu, a cała brexitowa instrukcja działań była jej częścią” – powiedział Dagur Eggertsson, poseł i były burmistrz Reykjavíku, w rozmowie z programem „Europe Today”.
Pozostając w cieniu
Rząd Islandii poprosił Brukselę, by nie ingerowała w kampanię.
Odpowiadając w czerwcu na pytania parlamentarzystów, premier Kristrún Frostadóttir podkreśliła, że „to sprawa wewnętrzna, to polityka wewnętrzna i to Islandczycy podejmują własną decyzję, czy rozpocząć te rozmowy, czy nie. Oczywiście nie chcemy nadmiernej ingerencji”.
Jednocześnie Frostadóttir zaznaczyła, że jeśli Islandczycy mają pytania dotyczące Unii, nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby Bruksela na nie odpowiadała. Próba obniżenia temperatury sporu wpisywała się jednak w szerszą strategię obozu proeuropejskiego.
Hulda Þórisdóttir, profesor Uniwersytetu Islandzkiego, powiedziała Euronews, że eurosceptyczna kampania zdołała podnieść stawkę, przedstawiając referendum jako prosty wybór dotyczący członkostwa w UE. Obóz proeuropejski starał się natomiast obniżyć temperaturę sporu, podkreślając, że głosowanie dotyczy jedynie wznowienia negocjacji.
„To nie jest głosowanie w sprawie członkostwa ani dostosowania, bo jeśli wynik będzie na «tak», odbędzie się kolejne referendum nad umową akcesyjną” – mówiła Frostadóttir dziennikowi „Washington Post” przed głosowaniem.
Wysocy rangą urzędnicy UE trzymali się podobnego scenariusza. Komisarz ds. rozszerzenia Marta Kos udzieliła kilku wywiadów islandzkim mediom, w tym publicznemu nadawcy RÚV, koncentrując się na procesie rozszerzenia oraz na tym, co w praktyce oznaczałoby wznowienie negocjacji.
„Głosowanie w Islandii to ostrzeżenie dla Europy. Obawy o rybołówstwo i emocjonalne, czasem fałszywe argumenty pokonały racje zwolenników «tak». Szanujemy ten wybór, ale przekaz jest jasny: UE musi się zmienić” – powiedział eurodeputowany Sandro Gozi z Francji, należący do grupy Renew.
Spór o suwerenność
Kampania obu stron skupiała się przede wszystkim na kwestiach gospodarczych. Obóz „tak” przekonywał, że przystąpienie do UE obniżyłoby oprocentowanie długu i zmniejszyło niestabilność waluty, otwierając jednocześnie drogę do przyjęcia euro.
Z kolei kampania „nie” ostrzegała, że członkostwo w UE oznaczałoby zmianę zasad funkcjonowania islandzkiego rybołówstwa i rolnictwa – kluczowych sektorów gospodarki na obszarach wiejskich, gdzie zwyciężyli eurosceptycy.
„Nie chodziło tylko o interesy gospodarcze. To sięgało głębiej. Argumenty kampanii «nie» dużo silniej wybrzmiewały, bo były bliższe islandzkiej tożsamości” – powiedziała Þórisdóttir.
Innymi słowy, dla obozu „nie” głosowanie miało wymiar egzystencjalny. Islandia, która w 1944 roku po długiej walce wywalczyła niepodległość od Danii, nie zamierzała oddawać części swojej suwerenności kolejnej, większej potędze.
„Referendum 29 sierpnia nie dotyczy wyłącznie Unii Europejskiej. Chodzi o to, czy uważamy, że to sami Islandczycy są najlepiej predysponowani do decydowania o swojej przyszłości” – napisał na blogu Björn Bjarnason, były minister i członek eurosceptycznej Partii Niepodległości.
Ukryty przekaz zwycięskiej kampanii „nie” brzmiał: UE nie jest tarczą chroniącą przed większymi potęgami, lecz jedną z nich – potęgą, od której Islandia musi zachować niezależność, jeśli chce pozostać w pełni suwerennym członkiem wspólnoty międzynarodowej.
Jednocześnie Bruksela odmówiła podjęcia politycznego ryzyka i wyraźnego zaangażowania się w kampanię. Część obserwatorów dostrzega w tym analogię do kampanii brexitowej i dowód na to, że UE nie wyciągnęła właściwych wniosków z tamtego doświadczenia.
Echa Brexitu
Podobnie jak teraz Reykjavík, wcześniej brytyjski premier David Cameron apelował do instytucji UE, by nie ingerowały w kampanię. W obu przypadkach Bruksela uszanowała tę prośbę.
„Rozumiem polityczną zasadę nieingerencji w konstytucyjne referendum państwa członkowskiego” – powiedział Euronews Charles Tannock, były eurodeputowany Partii Konserwatywnej, który opowiadał się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE.
„Ale uważam, że błędem było to, iż nie korygowano kłamstw i dezinformacji”.
Tannock dodał, że milczenie Brukseli podczas referendum w sprawie Brexitu było szczególnie uderzające w świetle oskarżeń, że obce państwo finansowo wspierało kampanię na rzecz wyjścia z UE. Jak jednak zaznaczył, nigdy nie znaleziono na to rozstrzygających dowodów.
W Islandii kampania „nie” była finansowana znacznie lepiej niż obóz „tak”.
„Błędem było, że nie zainterweniowaliśmy i nie włączyliśmy się, bo tylko my mogliśmy obalić rozpowszechniane kłamstwa” – przyznał w 2019 roku przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. „Myliłem się, milcząc w tak ważnym momencie”.
Oczywiście z perspektywy czasu łatwiej wskazywać, co należało zrobić inaczej. Można też dyskutować, czy wyraźne zabranie głosu przez najwyższych urzędników UE rzeczywiście pomogłoby sprawie integracji europejskiej, biorąc pod uwagę, jak ostrożnie musieliby oni działać, by uniknąć efektu odwrotnego do zamierzonego.
Mimo to w obu przypadkach UE zdołała zrazić do siebie część wyborców, sprawiając wrażenie, że zagraża ich prawu do decydowania o własnych sprawach, a jednocześnie odmawiając odegrania wyrazistej roli politycznej, o którą oskarżali ją przeciwnicy.
„Unia – słusznie czy nie – ma reputację bardzo odgórnego projektu, który niewystarczająco wsłuchuje się w argumenty dotyczące ochrony tożsamości narodowej i suwerenności” – powiedział Tannock.
„UE mogła zrobić znacznie więcej, by pokazać, że jest projektem opartym na państwach członkowskich i że Islandia pozostałaby Islandią w stu procentach” – dodał.