„Libération”, „Le Figaro” i „Le Monde” analizują przemoc towarzyszącą protestom, które odbyły się w weekend w kilku francuskich miastach.
Dziennik Libération w poniedziałkowym wydaniu z 19 października zwraca uwagę na liczbę uczestników protestów: „Było ich pięciokrotnie więcej niż 150 tys. manifestantów, których spodziewał się minister spraw wewnętrznych Laurent Nuñez.” To skłania redakcję do zadania pytania: „Czy rząd i służby porządkowe potraktowały wystarczająco poważnie weekendowe wezwania do manifestowania?”
Na swoich łamach „Libération” próbuje dokonać „anatomii klęski”, oddając głos przede wszystkim Sebastianowi Roché, socjologowi specjalizującemu się w badaniu praktyk policyjnych.
„Na placu Republiki w Paryżu było ledwie 12.20, gdy w powietrzu zaczął się unosić gaz łzawiący, a w tle słychać było wybuchy ogłuszających granatów. Stało się to niemal dwie godziny przed oficjalnym startem marszu. Podobne sceny obserwowano w Marsylii, a także w Bordeaux, gdzie zgromadzenie wymknęło się spod kontroli już po kilku minutach. Tak samo było w Clermont-Ferrand. W każdym z tych miejsc takie działania rozrywały pochody, rozpraszały grupy i odbierały policji kontrolę nad sytuacją. Ta strategia sprzyjała wszystkim zniszczeniom, jakie widzieliśmy” - analizuje socjolog.
Ostry felieton w „Le Figaro”
W poniedziałkowym porannym komentarzu Vincent Trémolet de Villers, zastępca redaktora naczelnego „Figaro”, ubolewa nad „państwem upokorzonym w swoich ratuszach, prefekturach i komisariatach”.
Dziennikarz, który jest także komentatorem radia Europe 1, należącego do miliardera bliskiego skrajnej prawicy Vincenta Bolloré, ostro atakuje wymiar sprawiedliwości, jego zdaniem „pobłażliwy wobec przestępców, ale bezwzględny wobec obywateli przestrzegających prawa”. Wskazuje także na „bojówki skrajnej lewicy”, „niekontrolowaną imigrację” oraz „różne formy socjalizmu, które rządzą nami od piętnastu lat”.
Za pomocą wyjątkowo ostrej publicystyki piętnuje również „pożytecznych idiotów” lidera Francji Niepokornej Jeana-Luca Mélenchona, „którzy noszą nie tylko kefiję, ale też krawat”, wytykając przy tym „monarchię technokratyczną, upojoną własną władzą”.
Czym jest ultralewica?
Z kolei „Le Monde” przygląda się ultralewicy, na którą wskazuje wielu polityków. Gazeta opisuje ten nurt jako „polityczne galaktyki, które pojawiły się w XX wieku na lewo od partii komunistycznych, jak konsylaryzm – nurt polityczny opowiadający się za bezpośrednią organizacją pracowników w rady i odrzucający partie polityczne”.
Dziennik oddaje głos Sylvainowi Boulouque’owi, historykowi specjalizującemu się w anarchizmie i skrajnej lewicy. Wyjaśnia on, że „ultralewica początkowo oznaczała grupy stojące na lewo od Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF), które krytykują formę partii politycznych i odrzucają grę parlamentarną, w przeciwieństwie do skrajnej lewicy”, dodając, że „nie chcą słyszeć o wyborach”.
Artykuł opisuje „logikę konfrontacji z symbolami państwa, kapitalizmu lub władzy”.
„Le Monde” rozmawia też z Gilles’em Candarem, historykiem specjalizującym się w dziejach francuskiej lewicy, który uważa, że słowo ultralewica wprowadza „poczucie przesady” i dziś funkcjonuje „w rejestrze polemicznym”. Jego zdaniem część polityków stawia obecnie znak równości między ultralewicą a ultraprawicą, co określa jako „fałszywą symetrię, godną ubolewania i szkodliwą”.