Ekipa Euronews została zaatakowana w Paryżu podczas relacjonowania protestów. Zamaskowane osoby pobili operatora, uderzyli dziennikarkę i ukradli kamerę. Sprzęt odzyskano, ale nagrania przepadły, bo z urządzenia zniknęła karta pamięci.
Ekipa Euronews została w sobotę zaatakowana przez uczestników zamieszek w Paryżu, w pobliżu placu Republiki. Dziennikarze relacjonowali masowy protest zorganizowany przez tzw. „żółte kamizelki” oraz grupy studenckie.
Ekipa opuszczała plac Republiki, gdzie trwały demonstracje, i kierowała się w inne miejsce. Niedługo po wyjeździe dziennikarze natknęli się na zamaskowanych szabrowników plądrujących pobliski supermarket Intermarché Express.
„Staliśmy przy bulwarze Magenta, niedaleko supermarketu, który plądrowali młodzi ludzie, młodzi dorośli i nastolatki. Kiedy zobaczyli, że filmujemy, zaczęli bić mojego operatora, próbowali zabrać mu mikrofon i otoczyli nas” – relacjonuje Estelle Nilsson-Julien, korespondentka Euronews w Paryżu.
„Potem przycisnęli go do ściany i zaczęli kopać oraz bić pięściami. Uderzyli również mnie. Jeden z nich uderzył mojego operatora pięścią w twarz, ale ponieważ miał na sobie gogle i maskę, nie odniósł obrażeń” – dodała.
Korespondentka podkreśliła również, że podczas szamotaniny szabrownicy ukradli kamerę ekipy. Sprzęt udało się odzyskać dopiero dzięki grupie młodych ludzi, którzy byli świadkami zajścia i przynieśli kamerę z powrotem. Po jej odzyskaniu okazało się jednak, że brakuje karty SD, w związku z czym cały zarejestrowany materiał został utracony.
Nilsson-Julien relacjonowała także, że w bezpośrednim sąsiedztwie supermarketu widziała płonące przedmioty i słyszała głośne syreny policyjne.
„Szczerze mówiąc, na ulicach panuje anarchia. Jest tu wielu młodych ludzi, którzy wyglądają, jakby byli gotowi do bójki, a do tego trwają grabieże. Spokojne demonstracje z wcześniejszych godzin, przynajmniej w tej okolicy, całkowicie się skończyły” – oceniła.
O innym brutalnym incydencie poinformowała również Valerie Gauriat, korespondentka Euronews relacjonująca protest na placu Republiki. Do zdarzenia doszło wcześniej, gdy przeprowadzała wywiad z jednym z demonstrantów.
Jak relacjonowała, przechodzący obok protestujący uderzył ją w tył głowy i mamrotał wulgarne słowa, jednocześnie potępiając obecność mediów podczas demonstracji.
Do obu incydentów doszło po tym, jak niektóre grupy w mediach społecznościowych wzywały uczestników protestów do atakowania redakcji i pracowników mediów. Autorzy tych apeli twierdzili, że działania te miały służyć „powstrzymaniu szerzenia dezinformacji” na temat protestów oraz towarzyszącej im przemocy.