Kolumbia wciąż zmaga się ze skutkami potężnego trzęsienia ziemi. Ratownicy tracą nadzieję na odnalezienie ocalałych, a tysiące poszkodowanych potrzebują pilnej pomocy.
Ponad tydzień po potężnym trzęsieniu ziemi Kolumbia wciąż liczy ofiary i mierzy się ze skutkami katastrofy.
Ratownicy przeszukują kolejne gruzy, choć nadzieja na odnalezienie żywych osób jest coraz mniejsza.
Tysiące rannych potrzebują pomocy, a dziesiątki tysięcy mieszkańców straciły dach nad głową.
W najtrudniej dostępnych miejscach problemem pozostaje również dostarczenie podstawowych środków do życia.
W pomoc poszkodowanym angażują się organizacje humanitarne z wielu krajów. Na miejscu działa między innymi węgierska Baptista Szeretetszolgálat.
Dyrektor generalny organizacji Gál Dávid odpowiedzialny za pomoc, komunikację i kontakty międzynarodowe, od niedzieli przebywa w Kolumbii.
W rozmowie z Euronews opowiedział o sytuacji na miejscu, pracy ratowników i niezwykłej mobilizacji mieszkańców.
Według najnowszych danych liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 300.
Co najmniej 4 tys. osób zostało rannych, a ponad 400 wciąż uznaje się za zaginione.
W pierwszych dniach po katastrofie ratownicy i wolontariusze przeszukiwali gruzy przy pomocy ciężkiego sprzętu.
W wielu miejscach pracowali również ręcznie, próbując dotrzeć do osób uwięzionych pod zawalonymi budynkami.
Do trzęsienia ziemi o magnitudzie 7,4 doszło 10 sierpnia w zachodniej Kolumbii.
Epicentrum znajdowało się w pobliżu San José del Palmar w departamencie Chocó, na głębokości około 100 km.
Wstrząsy były odczuwalne na rozległym obszarze. Szczególnie poważne zniszczenia odnotowano w regionach uprawy kawy oraz w dużych miastach, między innymi Cali i Pereira.
Po głównym wstrząsie nastąpiła seria ponad stu wstrząsów wtórnych. Dla mieszkańców oznaczało to kolejne godziny strachu.
Dla ratowników - dodatkowe zagrożenie. Wiele uszkodzonych budynków grozi zawaleniem, dlatego każda akcja prowadzona w ich pobliżu wymaga szczególnej ostrożności.
W części regionów etap poszukiwania ocalałych został już zakończony. Służby przekazują tam teren ekipom zajmującym się usuwaniem gruzów.
W odległych miejscowościach akcja ratunkowa ma jednak również inny wymiar. Mieszkańcy potrzebują żywności, wody, schronienia i podstawowego wyposażenia.
Kolumbijczycy zjednoczyli siły
Co zastał zespół, kiedy dotarł w okolice trzęsienia ziemi?
Najpierw dotarliśmy do departamentu Valle del Cauca, do Cali, miasta liczącego około 3 mln mieszkańców. Przyjechaliśmy w niewielkim zespole humanitarnym. Baptista Szeretetszolgálat jest reprezentowana przez jednego węgierskiego pracownika, a Baptista Világsegély przez jednego Amerykanina.
Odwiedziliśmy również mocno dotknięte katastrofą Zarzal i Pereirę. Trzęsienie trwało dwie minuty i objęło ogromny obszar. Jego skutki wyglądają jednak bardzo różnie w poszczególnych miejscach. Tam, gdzie wstrząsy były najsilniejsze, całe budynki zostały obrócone w gruzy. W innych dzielnicach niemal nic się nie zmieniło i życie toczy się tak jak przed katastrofą.
Co jest teraz najważniejszym zadaniem?
Bezpośrednia faza reagowania, czyli poszukiwanie i ratowanie ludzi, jest już zasadniczo zakończona. Teraz najważniejsze jest dotarcie z pomocą do rannych oraz osób, które straciły dach nad głową. Jednocześnie trzeba zabezpieczać lub rozbierać budynki, które stwarzają zagrożenie.
Według najnowszych danych skutki katastrofy dotknęły około 186 tys. osób.
Ponad 26,5 tys. mieszkań zostało całkowicie zniszczonych. To oznacza, że liczba osób, które musiały opuścić swoje domy, jest bardzo duża.
Gdzie i w jaki sposób szuka się jeszcze ocalałych?
Tym razem nie przyjechaliśmy z psami ani wyspecjalizowanymi ekipami poszukiwawczo-ratowniczymi. Na miejscu spotkaliśmy jednak specjalistów z Kolumbii, Wenezueli, Meksyku, a nawet Izraela. Ich baza znajduje się na jednym z miejskich boisk sportowych.
Niestety, dziewięć dni po trzęsieniu ziemi szanse na odnalezienie żywych osób pod gruzami są już minimalne.
Jakie warunki dodatkowo utrudniają akcję ratunkową?
Wiele budynków jest niestabilnych. Mieszkańcy nie mogą do nich wrócić i dlatego śpią w prowizorycznych obozach namiotowych. Lokalne społeczności starają się tworzyć je jak najbliżej domów poszkodowanych, aby mogli pilnować swojego dobytku.
Odnotowano niemal 200 wstrząsów wtórnych. Niektóre miały magnitudę 3 lub 4. W Pereira sytuację dodatkowo komplikują ulewne deszcze. Utrudniają one rozbiórkę uszkodzonych budynków i pogarszają warunki życia osób ewakuowanych.
Jak niebezpieczna jest dziś praca na miejscu?
Zagrożenie nadal istnieje. W wielu miejscach trzeba pracować w pobliżu niestabilnych konstrukcji. Dodatkowym problemem jest sytuacja bezpieczeństwa. Mimo że nowy prezydent Kolumbii, Abelardo Gabriel de la Espriella Otero, zapowiedział walkę z grupami zbrojnymi, niedawno doszło do zamachu bombowego. We wschodniej części miasta rozległe tereny pozostają pod wpływem guerilli.
Jakiej pomocy najbardziej dziś brakuje na miejscu?
Największe potrzeby dotyczą mieszkań, tymczasowych schronień, żywności i podstawowego wyposażenia. Ludzie nie mogą wrócić do budynków uznanych za niebezpieczne. Niektórzy przez wiele tygodni mogą również nie mieć dostępu do swoich rzeczy.
Na ile władze i lokalne społeczności są w stanie poradzić sobie z tą sytuacją?
Zaskoczyło nas to, jak niewiele osób korzysta z oficjalnych schronisk. W jednym z nich znaleźliśmy około 100 osób, czyli 38 rodzin. W mieście liczącym 3 mln mieszkańców to bardzo niewiele.
Większość ewakuowanych znalazła schronienie u krewnych lub znajomych. To sprawia, że trudniej do nich dotrzeć z pomocą. Jednocześnie właśnie wśród mieszkańców widać ogromną mobilizację.
Ludzie pomagają sobie nawzajem. Centralny kościół baptystów, w którym założyliśmy bazę, już dzień po trzęsieniu zaczął przyjmować żywność i środki higieniczne. Dary są pakowane w paczki i po dwóch lub trzech dniach trafiają do poszkodowanych.
Który moment akcji ratunkowej był dotąd dla pana najbardziej wstrząsający?
Najbardziej poruszające są spotkania z wielodzietnymi rodzinami, które straciły wszystko. Dla nich zbliżający się rok szkolny staje się ogromnym wyzwaniem. Nie wiedzą, jak zapewnić dzieciom podstawowe warunki do nauki.
Szczególnie zapamiętałem historię nauczycielki, która podczas porannego trzęsienia osłoniła własnym ciałem uczennicę. Wstrząsy trwały wyjątkowo długo, około dwóch minut. Dziewczynka przeżyła dzięki jej reakcji.
Co widzi pan teraz wokół siebie, czego nie oddają telewizyjne ujęcia?
Przede wszystkim ogromne poczucie wspólnoty. Widać determinację mieszkańców, którzy chcą pomagać innym i wspólnie poradzić sobie z katastrofą.
W Pereira zbór baptystów przygotowywał około 2500 ciepłych posiłków dziennie dla ocalałych. Widzieliśmy także grupy wolontariuszy pracujących przy usuwaniu gruzów. W punktach zbiórki bez przerwy pojawiają się żywność, środki higieniczne i ubrania.
Pierwsze wielkie wyzwanie nowego prezydenta
Katastrofa jest jednym z pierwszych poważnych testów dla nowych władz Kolumbii.
Według krajowego urzędu geologicznego było to jedno z najsilniejszych trzęsień ziemi, jakie nawiedziły kraj w ostatnim stuleciu.
Eksperci zwracają uwagę, że głębokość ogniska sprawiła, iż drgania były odczuwalne na bardzo dużym obszarze.
Silne poziome wstrząsy doprowadziły do uszkodzenia wielu budynków. Najbardziej ucierpiały konstrukcje, które nie były przygotowane na tak potężne obciążenia.
Kolumbia należy do najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów świata.
Kraj znajduje się w strefie skomplikowanych procesów geologicznych, na styku płyt Nazca, południowoamerykańskiej i karaibskiej.
Trzęsienia ziemi są więc częścią rzeczywistości tego kraju.
Skala obecnej katastrofy oznacza jednak wyzwanie nie tylko dla służb ratunkowych.
Rząd musi również znaleźć środki na odbudowę zniszczonych miast i zapewnienie schronienia dziesiątkom tysięcy mieszkańców.
Prezydent Kolumbii zapowiedział utworzenie specjalnego funduszu na finansowanie odbudowy.
Wstępne szacunki wskazują, że straty gospodarcze mogą sięgnąć 30 bln peso kolumbijskich. To około 9,6 mld dolarów.
Dla władz oznacza to początek długiej i kosztownej odbudowy. Dla mieszkańców -tygodnie, a w wielu przypadkach miesiące życia w niepewności.
Jednocześnie reakcja lokalnych społeczności pokazuje, że w obliczu katastrofy Kolumbijczycy potrafią szybko się mobilizować i organizować pomoc tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.