Śledź nas
Reklama

Off the Record: Trump obarcza Zełenskiego winą, by ukryć własny bałagan

Prezydent USA Donald Trump spotyka się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim
Prezydent USA Donald Trump spotyka się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim -  Prawo autorskie  AP
Prawo autorskie AP
Przez Maria Tadeo
Opublikowano dnia
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google
Udostępnij Close Button

W swoim cotygodniowym newsletterze redaktorka Euronews ds. Europy Maria Tadeo opisuje nastroje panujące w Brukseli. Jej zdaniem Donald Trump przed wyborami do Kongresu USA próbuje uczynić z Wołodymyra Zełenskiego kozła ofiarnego.

Witamy ponownie w Off the Record po kolejnym szalonym tygodniu.

REKLAMA
REKLAMA

Często żartuję z Maią de la Baume, naszą zastępczynią szefa działu wiadomości o UE, że z każdym kolejnym tygodniem sytuacja chyba nie może już stać się bardziej absurdalna. Za każdym razem okazuje się, że się mylę. To zła wiadomość dla mojego układu odpornościowego, który w końcu poddał się przeziębieniu.

W tym tygodniu spędziłam kilka dni w Warszawie, zanim w Brukseli rozpoczął się szczyt Rady Europejskiej. Szczyt dobiegł końca właśnie wtedy, gdy usiadłam, by wysłać ten newsletter - z pudełkiem chusteczek stojącym obok.

W piątek prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyjechał do Brukseli na szczyt, szukając wsparcia po wyjątkowo brutalnym dla Kijowa tygodniu. Nastroje na Ukrainie, w obliczu nadchodzącej zimy, trudno byłoby uznać za bardziej ponure.

Obawy przed porzuceniem Ukrainy jeszcze się nasiliły po tym, jak Stany Zjednoczone ogłosiły szokujące porozumienie w sprawie złagodzenia sankcji na rosyjski olej napędowy, w desperackiej próbie obniżenia cen paliw. To porozumienie jest głęboko wadliwe. Daje Rosji nowy zastrzyk dochodów, nie stawiając w zamian żadnych warunków, a poza krótkotrwałą ulgą przynosi niewiele.

Do tej pory powinno już być jasne, że prezydent Donald Trump wpada w panikę na myśl o wyborach środka kadencji w USA. Ceny benzyny od początku roku gwałtownie wzrosły, podbijając koszty życia Amerykanów. W tym tygodniu średnia krajowa cena benzyny w Stanach Zjednoczonych sięgnęła 4,27 dolara za galon.

Jeśli cokolwiek wiecie o Amerykanach, wiecie też, że oczekują taniej energii - i to w dużych ilościach. Ceny na stacjach benzynowych oraz obawy przed recesją mogą okazać się czynnikami decydującymi o wyniku tych wyborów.

Wiele obecnych problemów jest skutkiem ubocznym amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Oczywiście można argumentować, że Teheran stanowi realne zagrożenie dla bezpieczeństwa świata i - jak sugerował sam Trump - że krajem rządzi grupa szaleńców. To prawda. Ale na pewno nie są głupi.

Iran skutecznie uczynił z cieśniny Ormuz narzędzie szantażu, ograniczając przepływ około jednej piątej światowych dostaw ropy. To problem dla wszystkich. Ktoś będzie musiał zapłacić za niego polityczną cenę. Trump wskazał Zełenskiego.

Oczywiście Ukraina wyłącza z działania rosyjskie rafinerie, uderzając w jeden z najbardziej wrażliwych punktów rosyjskiej gospodarki i ograniczając globalne moce przerobowe. Ale to nie jest źródło problemu. Źródłem jest sytuacja w cieśninie Ormuz - a Trump nie ma na nią szybkiej odpowiedzi.

Zamiast tego prezydent USA gwałtownie zaostrzył retorykę wobec Zełenskiego, oskarżając go o stwarzanie „problemów dla naszych ranczerów, naszych rolników i świata”. Zasugerował również, że Zełenski, którego kiedyś określił jako „umiarkowanie odnoszącego sukcesy komika”, twierdzi, że chce pokoju z Rosją, podczas gdy w rzeczywistości działa przeciwko niemu. Zdaniem Trumpa Ukraina powinna więc dostać nowego przywódcę.

To szokujące słowa pod adresem kraju, który każdego dnia mierzy się z kolejnymi atakami rakietowymi i który - przypadkowo lub nie - właśnie w tym tygodniu zmagał się z poważnymi problemami operacyjnymi dotyczącymi kluczowych zdolności wywiadowczych i infrastruktury niezbędnych do ratowania ludzkiego życia.

Trump nigdy nie mówił w ten sposób o Władimirze Putinie. Nigdy też nie wezwał go do przeprowadzenia wolnych wyborów. Jego słowa ujawniają uderzającą stronniczość, trudną do pogodzenia z rolą państwa, które chce pośredniczyć między stronami konfliktu. Widać w nich również wyraźną osobistą niechęć.

Prezydent USA krytykował w Zełenskim właściwie wszystko: jego wojskowy strój - dziś nosi czarną kurtkę - maniery (pamiętacie epizod z „nie macie kart w ręku”?) oraz nieustępliwość. Frustracja Trumpa najwyraźniej wynika z przekonania, że Zełenski jest przeszkodą na drodze do pokoju.

Można długo dyskutować o taktyce Zełenskiego, jego dyplomatycznych potknięciach czy poważnych zarzutach korupcyjnych dotyczących najwyższych urzędników. Ale jeśli chodzi o samą wojnę, ma on rację, twardo trzymając się swojego stanowiska: szybkie porozumienie, którego chce Trump, byłoby złe zarówno dla Ukrainy, jak i dla Europy.

Zełenski słusznie zwraca również uwagę, że rafinerie stają się legalnym celem wojskowym, jeśli finansują rosyjską machinę wojenną. Można argumentować, że w każdej negocjacji potrzebna jest presja, by wymusić trudne decyzje. Ale presja musi działać w obie strony. Trump wydaje się gotów stosować ją tylko w jedną.

To odzwierciedla kalkulacje administracji USA. Waszyngton wydaje się przekonany, że wojna raczej się nie zmieni: konflikt przerodził się w wojnę na wyczerpanie, linia frontu w dużej mierze zamarła, a Ukraina nie jest w stanie odzyskać terytoriów okupowanych przez Rosję, choć rosyjskie ataki nadal zadają ogromne cierpienia ludności cywilnej. Bilans ofiar będzie rósł, ale sytuacja na ziemi pozostanie zasadniczo podobna.

USA zdają się również wierzyć - moim zdaniem błędnie - że Putina można skłonić do powrotu do stołu negocjacyjnego za pomocą umów handlowych i zachęt ekonomicznych, przekonując Moskwę, że zakończenie wojny leży w jej własnym interesie. Takie podejście grozi jednak całkowitym niezrozumieniem motywacji Putina.

Nie musicie wierzyć mi na słowo.

W 2021 roku Putin opublikował esej zatytułowany „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców”. Twierdził w nim, że oba narody tworzą jeden lud, w praktyce odmawiając historycznej legitymacji niepodległej Ukrainie. Rok później rozpoczęła się pełnoskalowa wojna.

Dla Ukraińców to wojna o przetrwanie - o przetrwanie niepodległego państwa.

Zełenski nie zgodził się na żadne ustępstwa terytorialne i trudno się temu dziwić, ponieważ stawka wykracza daleko poza sam kawałek ziemi.

Nikt dotąd nie wyjaśnił, co miałoby się wydarzyć po hipotetycznej wymianie terytoriów, której Kijów i tak nigdy nie uznałby de jure. Czy USA są gotowe zaoferować w zamian żelazne gwarancje bezpieczeństwa? I jak wyglądałyby one w praktyce?

Żadne państwo nie oddałoby dobrowolnie części swojego terytorium - w tym ziem, których Rosja nawet nie kontroluje - w zamian za obietnice, które na razie są w gruncie rzeczy tylko słowami. A co stałoby się z szerszą europejską architekturą bezpieczeństwa, która w wyniku rosyjskiej inwazji legła w gruzach?

Zełenski przyjechał w piątek do belgijskiej stolicy z przesłaniem wdzięczności. Podziękował unijnym instytucjom i przywódcom, których określił mianem „prawdziwych liderów”, najwyraźniej celując w Trumpa. Ale przywiózł też listę nierozwiązanych problemów.

Ukraina wchodzi w niezwykle trudną zimę. Znaczna część jej infrastruktury energetycznej została zniszczona przez Rosję, kraj pilnie potrzebuje obrony powietrznej oraz miliardów euro dodatkowego finansowania na 2027 rok.

W wystąpieniu do przywódców Zełenski powiedział, że w przyszłym roku wojna pochłonie 155 mld euro, z czego 70 mld będą musieli wyłożyć Europejczycy. Wezwał ich do znalezienia tych środków, przekonując, że jego szacunki są realistyczne.

Wyróżniają się tu dwie kwestie. Po pierwsze, Ukraina zakłada, że wojna potrwa co najmniej kolejny rok, a więc musi uwzględnić ją w swoim budżecie. Po drugie, Europejczycy będą musieli pokryć znaczną część kosztów, ponieważ USA nie zapewnią już Ukrainie żadnej pomocy.

W grudniu ubiegłego roku przywódcy UE zgodzili się na pożyczkę w wysokości 90 mld euro, która miała pokryć potrzeby finansowe Ukrainy przez dwa lata. Dziś wiadomo, że to nie wystarczy. I że Ukraina najprawdopodobniej nigdy tej pożyczki nie spłaci.

Pytanie o finansowanie może wydawać się brutalne, ale jest kluczowe.

Europejscy przywódcy wiedzą, że pieniędzy brakuje. Szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas powiedziała mi w wywiadzie w tym tygodniu, że wyraźnie widać zmianę nastrojów europejskiej opinii publicznej w porównaniu z sytuacją sprzed czterech lat: pojawił się element zmęczenia.

Wielki cykl wyborczy, który w ciągu najbliższych 12 miesięcy czeka Europę, nie sprzyja Ukrainie. UE powinna patrzeć na tę sytuację trzeźwo.

We Francji Marine Le Pen, prowadząca w sondażach, wykorzystała wizytę w Brukseli, by wysłać sygnał zarówno do unijnej stolicy, jak i do Zełenskiego: nie zamierza płacić.

Powtarzając tezę, że Francja jest „na skraju niewypłacalności”, Le Pen stwierdziła, że kraj nie może już sobie pozwolić na dokładanie się do wspólnej kasy dla Ukrainy. Jeśli inni chcą płacić - proszę bardzo, mówiła - ale Francja nie.

Wygląda na to, że sięga po trumpowski podręcznik: Ukraina nie jest problemem jej podatników. W Niemczech AfD twierdzi, że Berlin również nie powinien płacić.

Wciąż jest to stanowisko mniejszościowe w Radzie UE i nie ma pewności, że partie te w ogóle dojdą do władzy. Nie oznacza to jednak, że można je ignorować.

Ugrupowania te skutecznie wykorzystują narastające w Europie społeczne i gospodarcze niezadowolenie. Nie działa to na korzyść Ukrainy. W centrum debaty znajduje się jednak również uzasadnione pytanie: skąd Unia Europejska ma co roku wziąć 70–90 mld euro?

Wyemitować więcej długu? Sięgnąć po zamrożone rosyjskie aktywa? Poszerzyć grono międzynarodowych darczyńców? Wywrzeć presję na państwa trzecie, by zwiększyły swoje wpłaty? I jaka właściwie jest strategia stojąca za tym ogromnym wysiłkiem wojennym?

Gdy przywódcy spotkali się w Brukseli, zobowiązali Komisję Europejską do przedstawienia do listopada propozycji dotyczących załatania luki finansowej. W prywatnych rozmowach dyplomaci przyznają, że to od Europy będzie zależeć, czy Ukraina utrzyma się w walce, czy też przewagę zdobędzie Rosja. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób chcą ten cel osiągnąć.

Emmanuel Macron powiedział dziennikarzom, że na rozmowy o 70 mld euro jest zdecydowanie za wcześnie. Kilku dyplomatów powiedziało jednak Euronews, że Bruksela prawdopodobnie będzie musiała zaciągnąć nowy wspólny dług. Choć ponownie mówi się o odblokowaniu zamrożonych rosyjskich aktywów, pozostaje to rozwiązaniem mało realnym - bliższym pobożnym życzeniom niż konkretnemu planowi.

Dla Ukrainy to bardzo poważny moment. Trzeba będzie podjąć trudne decyzje.

Dziękujemy za lekturę Off The Record . Zasubskrybujcie ten newsletter tutaj.

Przejdź do skrótów dostępności
Udostępnij Obserwuj Euronews w Google

Czytaj Więcej

Zełenski dla Euronews o Trumpie: Rozmawia się z nim łatwiej niż z Putinem

Spalone rowery, wybite szyby i splądrowane sklepy: fala zniszczeń w Paryżu

Lyon budzi się w zniszczeniu po gwałtownych protestach